Adriana Drozdowicz – rozmowy o salsie z Kobietą w tańcu

Kobieta w tańcu

Adriana Drozdowicz – filigranowa, pełna energii i elegancji Kobieta w tańcu. Rozmawiamy (już drugi raz) o salsie. Ada od kilku lat zaraża pasją do latynoskich kroków tysiące kursantów. Towarzyszy jej przy tym szczery uśmiech, wdzięk, ale i godziny spędzone na próbach, ćwiczeniach. Zapraszamy do lektury i obejrzenia podwójnego wywiadu o tańcu, salsie, ale i innych ciekawych sprawach. Na papierze – prosto z kawiarni, jak i na kamerze – prosto z przytulnego mieszkania Kobiety w tańcu. Poznajcie Adę, bądź… poznajcie ją lepiej.

Artur Pruziński: Ada, „O tańcu nie da się pisać […] taniec trzeba tańczyć” – Twoje słowa. Jak je skomentujesz?

Adriana Drozdowicz: Te słowa nadal są aktualne.

Artur Pruziński: Czyli kończymy wywiad?

Adriana Drozdowicz: Dziękuję (śmiech). Tak na serio, ostatnio zauważyłam trend wypowiedzi na facebooku na temat, co jest dobre, a co złe, który taniec lepszy, który gorszy. Stwierdziłam, że zamiast w tym uczestniczyć, wolę pójść na salę poćwiczyć albo na imprezę „posocjalować”.

Artur Pruziński: Swoją przygodę z muzyką zaczęłaś jako dziecko od występów w szkolnych przedstawieniach pod czujnym okiem katechety…

Adriana Drozdowicz: Fakt (śmiech). Śpiewałam na apelach, grałam w przedstawieniach. Najbardziej pamiętam piosenkę „zakazany owoc” i śmieszy mnie teraz, że śpiewałam to jako mała dziewczynka, nie wiedząc, czego dotyczy tekst.

Artur Pruziński: Salsa to po hiszpańsku sos…

Adriana Drozdowicz: Tak, pewnie dlatego, że muzyka powstała z fuzji różnych rytmów. Mamy tu wpływy kubańskie i karaibskie… z domieszką jazzu. Wszystko rozwijało się na przestrzeni lat czterdziestych, pięćdziesiątych, właściwie aż do lat siedemdziesiątych.

Artur Pruziński: Chciałaś być nauczycielką salsy już od pierwszych zajęć, czy też pomysł powoli kiełkował w Twojej głowie? Ktoś Cię namówił?

Adriana Drozdowicz: Nie, nigdy nie marzyłam o tym, żeby zostać instruktorką. Chciałam świetnie tańczyć, prześlicznie się ruszać, płynąć w tańcu. Pewnego dnia przyjaciółka Madzia Grabowska powiedziała, że w WSC (Warsaw Salsa Club) szukają instruktorów. Spytała, czy nie chciałabym spróbować.

Wywiad z Adą – część 1 video:

Artur Pruziński: Przez twoje zajęcia przetoczyły się tysiące kursantów, czy ktoś szczególnie zapadł ci w pamięci i dlaczego?

Adriana Drozdowicz: Pamiętam (śmiech). Jednorazowy kursant… nie była to miła historia. Pan zaczął na mnie krzyczeć, gdy chciałam mu pomóc opanować kroki. Przekazałam mu, że sobie tego nie życzę i że będzie musiał opuścić zajęcia. Na co on zaczął mi grozić, że mnie wywali z pracy, żebym uważała, jak będę wychodzić ze szkoły, bo sobie wtedy inaczej porozmawiamy.

Artur Pruziński: To rzeczywiście niemiła historia. A z instruktorów? Coś miłego może?

Adriana Drozdowicz: Oj, o instruktorach to mogłabym mówić i mówić. Pierwsi instruktorzy, w których się zakochałam, to Kasia i Oskar. Uczyli mambo, teraz już nie prowadzą zajęć. U nich nauczyłam się bardzo technicznie tańczyć. Nie wiem, czy miałeś już cross body 360 w salsie?

Artur Pruziński: Proszę cię, dawno temu, pff.

Adriana Drozdowicz: No i jak ci szło?

Artur Pruziński: Proste, jak wszystko w salsie.

Adriana Drozdowicz: Dobra, dobra. 360 jest jedną z trudniejszych technicznie figur, przełomową. Miałam z nią dość spory problem. Nie podchodziłam do tego organicznie. Kasia nauczyła mnie jak być prowadzoną, jak odbierać sygnały od partnera i w bardzo prosty sposób przekazała techniczne rzeczy – organiczny – naturalny dla ciała. Dzięki temu uważam, że jestem w stanie zatańczyć z każdym partnerem.

Artur Pruziński: Etam, mówię Ci, samo cross body – trudne, ale 360 – łatwizna.

Adriana Drozdowicz: Jasne. Wracając do instruktorów, Klaudia ze Słoniem, Ania Chagowska – to są ludzie, dzięki którym teraz tańczę tak, jak chciałam…

Artur Pruziński: W Warszawie jak i w innych miastach przybywa kursantów, tańczących latino. Początkujący często gubią się w gąszczu styli: salsa on1, salsa on2, cubana, rueda, mambo. Jesteś w stanie scharakteryzować po krótce każdy z nich i doradzić laikowi, od czego najlepiej zacząć?

Adriana Drozdowicz: Myślę, że to bardzo indywidualna sprawa, uzależniona od tego, kto ma jaki charakter, co lubi, czy lubi wolno, czy szybko, miękko czy twardo (śmiech)…jaki ma temperament. Ja np. mam chyba rozdwojenie jaźni. Uwielbiam, gdy taniec jest intensywny, mocny, szybki, ale równocześnie gdy czuję płynność i delikatność. Jak to z dziewczyną, nie dogodzisz.

Artur Pruziński: Znam (śmiech).

Adriana Drozdowicz: Dokładnie. Obecnie dzięki zgłębieniu bachaty o wiele płynniej mi się tańczy i interpretuje salsę.

Artur Pruziński: Jaki styl salsy dominuje w Warszawie, jaki w innych miastach Polski, a jaki w Europie?

Adriana Drozdowicz: Powiem Ci, że nie jestem teraz w stanie powiedzieć, czego jest najwięcej. Patrząc po warszawskich imprezach, można zauważyć wszystkie style. Każdy salsero znajdzie dla siebie miejsce. Wiem tylko, że tańcząc liniówkę więcej mężczyzn prowadzi on1 (śmiech). Na festiwalach dużo częściej tańczę on2.

Artur Pruziński: Czyli to, co lubię – spontaniczny mix.

Adriana Drozdowicz: Tak. Na festiwalach jest wszystko.

Artur Pruziński: A która płeć tańczy lepiej i dlaczego mężczyźni?

Adriana Drozdowicz: Hah, to kobiety w 90% czują rytm bez tłumaczenia. Z panami bywa różnie. Natomiast u mężczyzn brak czucia rytmu da się uratować, u pań jak już występuje taki problem, to potrzeba więcej pracy. Poza tym nie lubię porównywać kobiet i mężczyzn w tańcu bo każda z płci ma swoją rolę. Uwielbiam patrzeć jak kobieta emanuje swoją kobiecością, a partner z charyzmą prowadzi. Taki ideał.

Artur Pruziński: Wielu instruktorów pracuje na etatach w innych zawodach. Kursy prowadzą wieczorami, traktując je jako dodatkowe zajęcie. Jak jest z Tobą, studiowałaś geodezję i kartografię, uprawiasz inny zawód poza tańcem? Czy na dłuższą metę da się połączyć jedno z drugim?

Adriana Drozdowicz: Faktycznie znam sporo osób w tym środowisku, dla których nie jest to „główna” praca. U mnie na szczęście tak się ostatnio ułożyło, że wszystko się ze sobą łączy. Współpracuję z aktorem Adamem Adamonisem, jestem koordynatorem jego projektów, gdzie ostatnio pojawiało się bardzo dużo tańca. Natomiast czy z samego uczenia da się wyżyć? Ja nie narzekam.

Artur Pruziński: Najlepsze festiwale salsowe w Europie lub w Polsce, warsztaty taneczne w kraju, imprezy w Warszawie… Twoim zdaniem? Co byś poleciła freakom salsowym jak i początkującym tancerzom?

Adriana Drozdowicz: Mój ulubiony festiwal to El Sol Warsaw Salsa Festival Ani Chagowskiej. Wyjeżdżałam na różne zagraniczne imprezy, ale żadna z nich nie dorównywała naszej warszawskiej. Świetnie się czuję na tym festiwalu, a to dlatego że są na nim wszyscy ci, których uwielbiam, od których chciałabym czerpać wiedzę i dobrze się przy tym bawić. Choćby Karel i Marco, Maykel Fonts, Adolfo i Tania oraz wielu wielu innych.

Artur Pruziński: A Paryż? Podobno to kolebka salsy w europejskim wydaniu…

Adriana Drozdowicz: Byłam i tańczyłam tam salsę… ale tylko na imprezie. Mają baaardzo dobrych tancerzy!

Artur Pruziński: Ok, to już tak na sam koniec… pochodzisz z Siedlec, prawda? Pytam nie bez powodu, ostatnio grałem tam koncert… w więzieniu. A więc krótko – reakcja na hasło „Siedlce” – polecasz, nie polecasz, czy można tam tańczyć latino, czy to lepsze miasto niż np. Radom?

Adriana Drozdowicz: W Radomiu byłam przejazdem, więc nie wiem, jak tam jest, wiem, że mają lotnisko, chyba nieużywane. Z Siedlec mam bardzo dobre wspomnienia, chodziłam tam do liceum, mieszkałam w internacie. Poznałam swoją wielką młodzieńczą miłość…więc pozytywne!

Artur Pruziński: Miało być krótko, a tu widzę pikantne szczegóły na koniec (śmiech). Może nie powinienem dopytywać, co się wydarzyło…

Adriana Drozdowicz: Nie, nie. To akurat bardzo ciekawe pytanie, związane z tańcem.

Artur Pruziński: On poszedł w swing, a Ty w salsę.

Adriana Drozdowicz: Taniec wtedy tak mnie wchłonął, że praktycznie nie miałam czasu na życie prywatne. Ciągła obsesja, żeby ćwiczyć, ćwiczyć. Tańczyłam z nim na przystanku, no wszędzie, ciągle mówiłam o salsie.

Artur Pruziński: Ok, nie będę dalej drążyć tematu… to już warszawskie czasy, wróćmy do Siedlec.

Adriana Drozdowicz: Artystycznie właściwie udzielałam się od dziecka. Kilka kilometrów od Seroczyna, wioski z której pochodzę, znajdował się gminny ośrodek. Można było tam potańczyć, ale w domu się nie przelewało, nie miałam pieniędzy na dojazdy. Więc na początku głównie śpiewałam. Mieliśmy wspomnianego już katechetę. Odpowiadał za część artystyczną w szkole, bardzo się starał, organizował różne przedstawienia, festyny itd. Brałam w nich udział.

Artur Pruziński: A potem, w liceum?

Adriana Drozdowicz: Jak przyjechałam do Siedlec do internatu, to pierwsze co, to za zarobione pieniądze w Warszawie…

Artur Pruziński: Za zarobione pieniądze… to ile ty miałaś lat?

Adriana Drozdowicz: 15. To trudny temat, ale generalnie musiałam o siebie zadbać dosyć wcześnie i właściwie od czasów liceum już zarabiałam. Pracowałam wtedy w każde wakacje z przyjaciółką w restauracji i praktycznie przez kolejne dziesięć miesięcy mogłam się utrzymać, zapłacić za internat w Siedlcach i przede wszystkim spożytkować je na taniec. Bardzo szybko trafiłam do Caro Dance – lokalnej szkoły tańca. Uczyłam się tam m.in. jazzu, disco, występowałam. To jest bardzo dobra szkoła, ma również siedzibę w Warszawie. Wszyscy pierwsi tancerze z You Can Dance wywodzili się stamtąd. Mamy też szkołę Jaroszyńskich.

Artur Pruziński: Ale jeśli chodzi o imprezy latino, to chyba nie uświadczysz?

Adriana Drozdowicz: Nie ma. Niemniej swego czasu zrobiłam wywiad środowiskowy i okazuje się, że ludzie w Siedlcach też chcą tańczyć salsę, brakuje im takich imprez. Wymyśliłam kiedyś z moim ówczesnym chłopakiem, że założymy szkołę… Postaraliśmy się o dofinansowanie, złożyliśmy projekt i nastąpiła kolizja terminów. Miałam wtedy trudne zaliczenia na studiach i spotkanie w sprawie udzielenia funduszy nie wypaliło.

Artur Pruziński: Zawsze chyba możesz wrócić to tego pomysłu?

Adriana Drozdowicz: Ale ja już nie chcę tam wracać.

Artur Pruziński: A czy Siedlce są fajne, czemu w centrum znajduje się więzienie zamiast starówki?

Adriana Drozdowicz: Są bardzo fajne – z tego, co widze ciagle się rozwijają. Siedlce to nie tylko więzienie. Jest tam masa interesujących miejsc…a dodatkową ciekawostką jest więzienie w centrum miasta.

Artur Pruziński: Ada, dziękuję za wywiad i do zobaczenia na imprezie!

fotografia Ady: Wioleta Redosz Fotografia

Artur Pruzinski