Artra – awangardowy zespół muzyki intuicyjnej

Artra

Witold Popiel to artysta wszechstronny, malarz, nagradzany literat, muzyk. Jest autorem m.in. znaku warszawskiego Metra. Odwiedził mnie z okazji premiery albumu „Kroniki Miejskie” zespołu Artra, który powołał ponownie do życia – niejako po 40 latach – z Leszkiem Gapskim. Do projektu zaprosił również młodą wokalistkę Joannę Świrską. Nu jazz skrzyżowany z awangardą dedykowane szerokiej publiczności – to będzie wątek przewodni tej rozmowy. Zachęcam do lektury.

Artur Pruziński: Wiesz, co wyświetla się w wyszukiwarce Google na zapytanie o słowo „Artra”?

Witold Popiel: Zapewne strona jakiegoś południowo-koreańskiego zespołu disco-polo.

Artur Pruziński: Obuwie robocze. Taką masz konkurencję!

Witold Popiel: Bardzo mi się podoba taka konkurencja! Gdy wyobrażam sobie świat obuwia roboczego – natychmiast widzę przestrzeń industrialną, minimalistyczną, przemysłową. A mnie w sztuce interesuje samo zjawisko industrialu. Jako stylu artystycznego. Coś, co ma wiele wspólnego z robotnikami…. 😊

Artur Pruziński: Artra – mowa już o zespole – określony został gatunkowo jako awangardowy zespół muzyki intuicyjnej. Co się kryje pod tym pojęciem?

Witold Popiel: Ja rozumiem, że nazwy bywają przydatne, często są kołem ratunkowym dla słuchaczy i krytyków. Jednak nasza sytuacja jest raczej nietypowa, bo w przypadku muzyki Artra pojawia się zbyt wiele sprzecznych wątków, które uniemożliwiają precyzyjne określenie stylu zespołu. Nazwy przestają mieć sens – to zresztą napisał o „Kronikach Miejskich” Kamil Sipowicz. Na streamingu, w sklepie internetowym, gdzie płyta jest sprzedawana, musiała po prostu paść jakaś nazwa definiująca. Do puenty: to jest coś pomiędzy nu jazzem, awangardą i do tego swojski wokal Joanny Świrskiej…

Artur Pruziński: Taka „zaśpiewka” ludowa…

Witold Popiel: Tak. I tu znów Kamil Sipowicz fajnie napisał; w „Kronikach Miejskich” podróżujemy po Warszawie, a jej głos rozbrzmiewa jak tęsknota do wsi warszawskiej.

Artur Pruziński: Wspomniałeś już dwa razy Kamila Sipowicza, który jako jedna z trzech znakomitych osobowości sztuki – dziennikarstwa, dorzucił swoje trzy grosze do oprawy merytorycznej albumu, w postaci opisu, recenzji w książeczce dołączonej do płyty. Cytując pana Kamila „Najlepszym sprawdzianem dla Kronik Miejskich jest słuchanie ich w samochodowej podróży po Warszawie”. Słuchałem płyty w domu, w samochodzie nie miałem jeszcze tej okazji, aczkolwiek bałbym się chyba,  że pod wpływem muzyki Artry, ruszę gdzieś z impetem na czerwonych światach…i to mimo, że moja skodzina ma przedpotopowy silnik 😊

Witold Popiel: No więc ja też nie zachęcam do słuchania tej muzyki w samochodzie. Zresztą usłyszałem ostatnio bardzo podobne pytanie w czasie niezwykle miłej rozmowy z redaktorem z Radia Białystok. Powiedział mi, że on słuchał tej płyty w samochodzie, jeżdżąc po Białymstoku i że genialnie się sprawdziła. Sprawił mi tym sporą przyjemność, lecz ja nadal odradzam słuchanie tej płyty w samochodzie, co może grozić śmiercią lub kalectwem. Poza tym myślę, że muzyka samochodowa to proste, jednolite, wręcz zredukowane dźwięki, które nie wymagają koncentracji uwagi. Co potwierdzają riffy docierające do mnie zza szyby, gdy stoję na światłach. A w „Kronikach Miejskich” mamy bardzo dużo motywów, co może rozpraszać podczas podróży samochodem. Chociaż jest w tej muzyce także element szybkiego upływu czasu…

Artur Pruziński: A czy ta muzyka jest strawna dla typowego słuchacza radia?

Witold Popiel: Odpowiem na twoje pytanie poprzez analogię. Ludzie, którzy obcują na co dzień z malarstwem tradycyjnym, wiedzą że istnieje coś takiego jak abstrakcja, ale jej unikają. Pewnego dnia idą do muzeum, galerii, widzą tam wystawę sztuki abstrakcyjnej, która wysyła czytelne sygnały energetyczne i mówią… to naprawdę ciekawe malarstwo! To nie takie trudne, wcale nieskomplikowane. To jest malarstwo proste, ale zarazem przenikające do umysłu i serca. I to samo dzieje się z muzyką. Poza tym bardzo mnie cieszy, że dziesiejsza muzyka i sztuka w ogóle, stały się zjawiskiem społecznym. Straciły swój elitarny charakter. Każdy może tworzyć lub obcować z malarstwem czy dźwiękami. Artra to nie jest muzyka dla specjalistów czy elity, tylko dla przeciętnego słuchacza, który jest otwarty i wrażliwy.

Artur Pruziński: To podam kontrargument. Kolejny cytat z książeczki z płyty, tym razem autorstwa Maxa Kluge: „Transpozycja muzyki na poszczególne tony przywraca źródłową zasadę ekspresji współbrzmienia.” O co tu chodzi? Bo ja tego nie rozumiem 😊

Witold Popiel: To jest bardzo prosta sprawa. Są tu dwa wątki. Pierwszy to autor. Napisał to neurochirurg z Frankfurtu, znawca jazzu i komentator wielu wydarzeń muzycznych. On się opiera na starej zasadzie, której i ja hołduję od wielu lat. Zasada Artra to interreakcja i uważność w słuchaniu partnera na scenie. Reakcja na dźwięk kolegi musi być odpowiedzialna i być pogłębiona sensem jego dźwięku. Jeśli tak nie jest, to lepiej zachować ciszę, która zresztą bywa najbardziej wymowna niż sama muzyka. Wszystkie projekty, w których do tej pory brałem udział, zawsze opierały się na zasadzie wolności tworzenia. Traktujemy muzykę instrumentalnie. To oczywiście słowny żart, ale dotyka sedna rzeczy. Istotą muzyki jest odkrywanie. Jeśli znajdujesz się na ścieżce odkrywcy, to poznajesz znaczenie dźwięku, barwy brzmienia. Nie musisz skupiać się na składaniu hołdu klasyce, czy wielkim muzykom. Masz szacunek, ale nie możesz być na kolanach wobec klasyki. Trzeba mieć odpowiedni dystans, aby z czystym umysłem wkroczyć na ścieżkę odkrywcy i spróbować kreować własne elementarne cząstki muzyczne. I wtedy pojawia się wątek, o który pytasz, czyli sięganie do źródła dźwięku. Transponujesz dźwięk, bo ty decydujesz, jaki ten dźwięk w istocie jest. Czy ma być czysty, czy przesterowany, surowy lub anielsko miękki. Nie należy traktować instrumentów muzycznych z jakimś wielkim szacunkiem. Widziałem setki razy w życiu ludzi, którzy grali na kontrabasach jak na perkusji, używali instrumentów niezgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem, ale osiągali zamierzony efekt sonorystyczny. Niekiedy artyści niszczą instrumenty na scenie – czego zresztą mimo wszystko nie pochwalam… – chcę powiedzieć, że dźwięk grany na danym instrumencie może być traktowany elastycznie, np. gram na trąbce, imitując inny instrument i nie robię tego, aby epatować słuchacza, ale dlatego, że takiego efektu wymaga struktura utworu. Nie trzeba kurczowo trzymać się zasad. Na tym właśnie polega wspomniana transpozycja.

Artur Pruziński: Witold, jak to jest wracać po 40-latach?

Witold Popiel: Wtedy to były czasy hipisowskie, czasy opresyjnego PRL-u – jak je często nazywano. My wówczas młodzi, patrzyliśmy na to trochę z innej strony. Potrafiliśmy się odnaleźć w nieprzyjaznej rzeczywistości, tworząc towarzyską lub artystyczną enklawę. Uczyliśmy się pewnych gestów i zachowań od gwiazd spoza kraju, kiedy tylko nadarzyła się okazja, by ich zobaczyć na żywo. I właśnie gdy otworzyły się granice, zespół przestał istnieć. Rozjechaliśmy się po świecie. Leszek pojechał do Anglii, potem do Kanady. Ja podróżowałem po Europie. Organizowaliśmy wystawy. Każdy z nas skupił się na własnej twórczości. Po latach Leszek wrócił do kraju, spotkaliśmy się i przyszło nam do głowy, by sprawdzić, czy kod genetyczny z tamtego czasu jeszcze działa, czy też może jesteśmy już zdemoralizowani przez życie i los, czy potrafimy sięgnąć do serc i odtworzyć nowe warianty dawnych klimatów, w zastanej sytuacji. Okazało się, że obaj przynieśliśmy coś nowego, muzyka zyskała drugie życie i postanowiliśmy…  ją kontynuować.

Artur Pruziński: Wspomniałeś Leszka Gapskiego. W zespołowym trio jest jeszcze wokalistka Joanna Świrska. Wy malarze, ona – aktorka?

Witold Popiel: Joanna też jest malarką i to świetną malarką. Stąd pewnie to porozumienie trojga malarzy. Poprzednio graliśmy koncert z inną dziewczyną, też malarką. A więc muzyczne malowanie mamy we krwi. Asia jest znacznie młodsza od nas, ale ma w sobie wrażliwość oraz dojrzałość, która stanowi z nami wspólny mianownik. Poza tym, mimo że jest malarką, to jednocześnie studiuje muzykę wokalną. Wiem, że nie wszystkim słuchaczom złamanie kodu jazzowego muzyką ludową w wykonaniu Joanny się podoba, ale ja uważam, że łączenie różnych wątków jest fantastyczne i bardzo nośne.

Artur Pruziński: Witold, bardzo ci dziękuję i trzymam kciuki, aby wasza muzyka dotarła do jak najszerszego grona słuchaczy.

Witold Popiel: Dziękuję.

Artur Pruzinski