Kizomba i semba – taniec dla każdego?

Dominika Tur

Rozmawiam z Dominiką Tur, znaną i niezwykle cenioną instruktorką kizomby i semby, a także bachaty. Dominika z pasją opowiada o tańcu jako sposobie na świetną zabawę, wyrażanie siebie, a także formie autoterapii. Wskazuje na różnice między sembą i  kizombą, wyjaśnia czym jest jest tradycyjna kizomba. Jeśli jeszcze zastanawiacie się, czy warto spróbować swoich sił na parkiecie, po przeczytaniu tego wywiadu wasze wątpliwości się rozwieją.

Artur Pruziński: Dominika, jak zaczęła się twoja przygoda z tańcem?

Dominika Tur: Mieszkałam w Berlinie. Byłam tam na Erasmusie na przełomie 2008 i 2009 roku, pojechałam studiować psychologię, trochę pracowałam. Berlin był dla mnie jak drugi dom. No, ale wróciłam do Warszawy i wtedy – cierpiąc na tzw. post-erasmusową depresję – odkryłam taniec. Szukałam siebie na nowo, próbowałam zmienić krąg znajomych, zrobić coś innego, coś dla siebie. Dostałam przykaz od lekarza, żeby zacząć uprawiać sport, bo zaczęły się pojawiać jakieś problemy z kręgosłupem. Pan doktor rzucił parę pomysłów, m.in. taniec i pomyślałam… „why not”. Popularne były wtedy groupony.

Artur Pruziński: Przez groupon’a trafiłaś na kizombę?

Dominika Tur: Prawie… Zapisałam się z kolegą ze studiów na wszystko, co możliwe, karnet open. Zaczęliśmy ćwiczyć salsę, tango, reggaeton, bachatę, kizombę. Na początku jednak głównie salsę. W pewnym momencie skończył się groupon, a ja pomyślałam, że muszę dalej tańczyć, strasznie mi się to podoba, fajni ludzie i atmosfera, kultura, otwartość.

Artur Pruziński: I okazało się, że masz talent…

Dominika Tur: Dokładnie (śmiech). Tanńczyłam wszystko począwszy od salsy i bachaty. Ludzie kojarzyli mnie wtedy głównie z nimi, a dopiero potem przyszła kizomba. Swego czasu słuchałam bardzo dużo bachaty i grałam na imprezach jako DJ, byłam znana w środowisku jako ktoś, kto ma bardzo fajne sety bachatowe. Organizowałam przez kilka lat bachatowe flashmoby, ale to miało miejsce dawno temu.

Artur Pruziński: Takie performance uliczne?

Dominika Tur: Tak, umawiamy się na konkretną godzinę na mieście i wszyscy tańczą bachatę. Za pierwszym razem wszytko działo się totalnie na spontanie, a potem układaliśmy już choreografię. Spotykaliśmy się w dużych przestrzeniach, najczęściej na Pradze, przy pomniku Kościuszkowców. Było wielkie wow, mieliśmy poczucie wspólnoty i to mnie mocno zainspirowało. Możliwość przekazania innym tego, co kocham i zarażenia ich swoją pasją, bardzo mi się spodobała. Taniec to świetna zabawa i właśnie to chciałam pokazać szerszemu gronu.

Artur Pruziński: Ktoś ci potem zaproponował bycie instruktorką?

Dominika Tur: Wyszło bardzo naturalnie, poprowadziłam jakieś zajęcia i pojawiła się propozycja z Warsaw Salsa Club, czy może nie chciałabym uczyć na stałe. Znamy się zresztą trochę z właścicielem szkoły, z Krzyśkiem Pstrągowskim, jeszcze z czasów studenckich. Zaczęłam uczyć z Dawidem Gnatowskim. Na początku była bachata,  a chwilę potem przyszła kizomba, pojawił się Dominik Janowski. Myślę, że stworzyliśmy markę, ludzie nas sobie polecali. Prowadzimy wspólnie zajęcia już ponad 4 lata. W tym czasie kizomba, czy też trendy na parkiecie mocno ewoluowały. Popularne zrobiło się mieszanie różnych stylów tanecznych ze sobą – pojawiło się Fusion i Urban kiz, który zdecydowanie skradł serce Dominika. Ja z czasem swojej tanecznej przygody stwierdzam, że wolę kizombę w jej tradycyjnej odsłonie. Staram się sięgać do korzeni, jeśli chodzi o muzykę, czy styl. To zdecydowanie bardziej mi odpowiada – jest w tym więcej energii, pozytywności i dobrej zabawy. To jest właśnie to, czego szukam w tańcu.

Artur Pruziński: A jakie są różnice między kizombą, a sembą?

Dominika Tur: To zależy, jak na to patrzysz. Problem dziś polega na tym, że jak rzucisz hasło „kizomba” to ludzie wizualizują sobie coś innego, a kiedy pokażesz im prawdziwą, taką rdzenną kizombę, zakorzenioną w tradycji, wszyscy mówią „Boże, oni tańczą sembę”. Semba ma energię, to jest zabawa, pozytywny nastrój, kupa śmiechu i stałe „connection” z partnerem. Kizomba jest bardziej dostojna, spokojna, no i muzyka kizombowa jest bardzo zróżnicowana. Jak sobie wpiszesz na YouTube „kizomba”, to pierwsze, co zobaczysz, najczęściej nie będzie tradycyjną kizombą, tylko fusion, urban kiz.

Artur Pruziński: Ale wracając do różnic…

Dominika Tur: Są dwie szkoły: jedna mówi, że nie ma żadnych, a druga, że są (śmiech). Moim zdaniem prawda leży po środku. Dla mnie podstawowe rozróżnienie to jest to, co mi w duszy gra (gdy leci muzyka na parkiecie). Nie zastanawiam się, czy to kizomba czy semba. Po prostu staram się swoim tańcem odzwierciedlić to, co słyszę. Semba niesie ze sobą niewątpliwie więcej energii, bywa trudniejsza muzycznie, czasem ciężko powiedzieć, gdzie jest „raz” – szczególnie w tych starszych utworach. Pełno w niej instrumentów. W sembie zdecydowanie więcej chce mi się tańczyć contratiempo, czyli niekoniecznie podstawowy beat, ale wszelkie przyspieszenia. Bywa to trudne, szczególnie dla początkujących tancerzy.

Artur Pruziński: Semby prawie w ogóle nie gra się na imprezach. Dlaczego?

Dominika Tur: Gra się coraz częściej. Analogicznie było z kizombą. Kiedyś na parkietach tzw. sensual grało się głównie bachatę, parkiet pękał w szwach, natomiast kiedy DJ nieśmiało przemycał kizombę, zostawało pięć par na krzyż. Niewiele osób tańczyło, ale im częściej pojawiała się w secie, tym więcej ludzi sięgało po ten styl. Często na pierwszych zajęciach pytam się kursantów, jaka jest ich motywacja, co ich skłoniło do przyjścia. „Bo tańczę już salsę i bachatę i potrzebuję do kompletu” albo „na sensualu grają dużo kizomby i ja wtedy stoję i się nudzę” albo „zobaczyłam online, chcę się nauczyć”, „ktoś mi polecił”, „usłyszałam muzykę i zakochałam się”.

Artur Pruziński: Jak to się stało, że kizomba jest w obszarze latino, skoro pochodzi z Afryki?

Dominika Tur: Ja zawsze powtarzam, że kizomba to nie latino. Imprezy aktualnie są łączone. Jak pojedziesz np. do Portugalii, to masz stricte imprezy kizombowe, na tej imprezie salsy raczej nie uświadczysz.

Artur Pruziński: Co cię najbardziej jara w kizombie? Jak zarazić pasją do tańca człowieka z ulicy?

Dominika Tur: Pokazać mu, jaki to jest fun, słuchać tej muzyki, bawić się nią, tańczyć z drugą osobą. Jeżeli tańczysz z kimś sembę, to jest to najprostszy sposób zarażenia kogoś bardzo pozytywną energią. Choćbym nie wiem, jak była zmęczona po całym dniu pracy, to kiedy puszczam na zajęciach na rozgrzewce sembę, mój nastrój od razu idzie w górę.

Artur Pruziński: A potem puszczasz kizombę i wszyscy idą w kimę…

Dominika Tur: Tak, tak (śmiech). To znaczy, jeśli zmienię muzykę na ghetto zouk, często się tak dzieje, ale kiedy puszczam nadal tradycyjną muzykę, flow jest utrzymany

Artur Pruziński: A jak wygląda typowy cykl nauki?

Dominika Tur: Kiedy tańczysz, powinieneś interpretować muzykę. Rozwój taneczny często wygląda w ten sposób, że najpierw przychodzisz na zajęcia, zaczynasz tańczyć krok podstawowy (basic), pierwsze figury, potem mijają kolejne miesiące i zaczynasz trzaskać te figury, nie zawsze wsłuchując się w muzykę. Chcesz pokazać partnerce, jaki to masz repertuar, ile potrafisz. To jest błąd większości tancerzy. Potem idziesz krok dalej, zauważasz, że figury to nie wszystko, zaczynasz je dopasowywać do muzyki, a potem schodzisz ponownie do basica. Zaawansowanym tancerzem stajesz się wtedy, kiedy wracasz do podstaw i pojmujesz, że to właśnie ten „basic” jest we wszystkim najważniejszy.

Artur Pruziński: To ja, basic (śmiech).

Dominika Tur: Dopiero wtedy zaczynasz interpretować krokiem podstawowym muzykę. Ja nie potrzebuję partnera, który trzaska figurami jak asami z rękawa. Potrzebuję partnera, który jest w stanie ze mną zatańczyć podstawowe rzeczy, ale zrobić to do muzyki. Wtedy jestem przeszczęśliwa.

Artur Pruziński: Jesteś dosyć wymagająca na zajęciach, pamiętam, bo byłem kilka razy, kiedy jeszcze chodziłem na jakiekolwiek zajęcia. Mnie to nigdy specjalnie nie ruszało, lubię takie podejście do nauki, ale niektórzy trochę się ciebie bali…

Dominika Tur: Tak, niektórzy się mnie boją, bo jestem zawsze tym złym gliną. Jestem od tego, żeby powiedzieć, nad czym warto popracować, co musi być wyeliminowane, żeby rozwijać się dalej. A nie oszukujmy się, nie wszyscy radzą sobie z tym, że im nie wychodzi, że ktoś skrytykuje ich niedociągnięcia.

Artur Pruziński: Czyli na miłe słowa nie ma co liczyć u ciebie na zajęciach?

Dominika Tur: Absolutnie nie, chwalę często swoich kursantów, szczególnie gdy widzę jak się starają i biorą do serca wskazówki.

Artur Pruziński: Ja, typ obserwatora, czasami mam wrażenie, że faceci – niektórzy – uczą się kizomby, żeby się poprzytulać z dziewczynami, „wykorzystać sytuację” – jest w tym nawet czasem coś obleśnego.

Dominika Tur: Zdarzają się czasami takie sytuacje, ale na szczęście jest ich coraz mniej. Ludzie są świadomi tańca i dziewczyny – co mnie bardzo cieszy – potrafią rozróżnić, kiedy facet chce tańczyć, a kiedy chodzi o coś innego. Natomiast nie oszukujmy się – ludzie najczęściej przychodzą tańczyć, żeby poznać kogoś innego. Jest wiele osób nieśmiałych życiowo, a w tańcu pięknie widać, jak się otwierają. Na parkiecie uwalniają siebie.

Artur Pruziński: To ciekawe, co mówisz, trochę taka forma psychoterapii.

Dominika Tur: Można tak powiedzieć. Dla wielu osób to zapewne szok na początku, coś nienaturalnego – bliski kontakt, dotyk z osobą, którą niekoniecznie znamy, a kizomba jest jednak bardzo „bliskim” tańcem. Tańczymy klatka w klatkę… przestrzeń intymna. Taniec bardzo zbliża, nie da się ukryć, daje możliwość wyrażenia siebie, dzielenia pasji z innymi. Robisz coś fajnego dla siebie i masz poczucie wspólnoty.

Artur Pruziński: A powiedz, jak cię proszą do tańca, o ile proszą, bo może się wstydzą, to czujesz stres po tej drugiej stronie?

Dominika Tur: Czasem tak, natomiast to też jest moją rolą, aby powiedzieć takiemu partnerowi, że „spoko, czym Ty się przejmujesz”. Każdy kiedyś zaczynał. Ja np. na starcie byłam kompletnie „nieprowadzalna” – to jest coś, z czym boryka się większość kobiet, gdy przychodzą na zajęcia. Wiąże się to z utratą kontroli nad własnym ciałem – przynajmniej tak to dziewczyny czują. Muszę oddać kontrolę człowiekowi, który jest dla mnie zupełnie obcy.

Artur Pruziński: Powiedz coś o sobie, o pasjach, bo ostatnio na facebooku ciągle mi „wyskakujesz” jako osoba, która biegnie gdzieś pod drutami, albo wspina się na wysokie płoty…

Dominika Tur: Tak, (śmiech). Zaczęłam niedawno więcej trenować, spróbowałam runmageddon’u, Hunt Run. W planach na ten rok jest jeszcze Spartan Race i może kilka innych biegów. Chodzę na fitness i kalistenikę.

Artur Pruziński: Pracujesz, trenujesz innych, trenujesz siebie, a masz czas na typowo ziemskie przyjemności, typu wyjście do kina, teatru?

Dominika Tur: Zdarza mi się wyjść do kina. Latem uskuteczniam głównie kino pod chmurką, czy spotkania ze znajomymi nad Wisłą.

Artur Pruziński: Jesteś z Białegostoku, prawda?

Dominika Tur: Tak, jestem z tej pięknej, zielonej, wschodniej Polski (śmiech). Jestem też prawosławna. Bardzo polecam przejść się do cerkwi na Pradze w Warszawie w niedzielę o 10:00 i posłuchać jak śpiewa chór… przechodzą ciary po plecach.

Artur Pruziński: Dużo też podróżujesz?

Dominika Tur: Tak, to jest kolejna ogromna pasja w moim życiu. Kocham podróżować. Szczególnie po Azji – co roku staram się tam wyskoczyć. 6 lat temu poleciałam do Azji sama, jeździłam po Tajlandii i Kambodży, zdana tylko na siebie. Bardzo dużo nauczyłam się o sobie. Nic nie da Ci takiej szkoły życia i lepszego zrozumienia siebie, niż podróż w pojedynkę. Polecam!

Artur Pruziński: Dzięki za wywiad i do zobaczenia na parkietach!

Dominika Tur: Do zobaczenia!

Sprawdź również:

Artur Pruzinski