Mariusz Wawrzyńczyk – zawsze pod wiatr

Mariusz Wawrzyńczyk

Mariusz Wawrzyńczyk, zwycięzca 52. Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu odwiedził mnie z okazji premiery swojej płyty „Zawsze pod wiatr”. Mariusz – poza tym – że ma niesamowity głos i ucho do melodii – jest również znakomitym rozmówcą i fajnym gościem. Zachęcam do lektury – będzie trochę o samej płycie i znakomitych artystach zaangażowanych w jej produkcję, jak i parę smaczków o wielkich tego świata – m.in. o Tinie Turner, Adamie Lambercie czy naszej polskiej Beacie Kozidrak.

Artur Pruziński: 29 czerwca, premiera twojej płyty „Zawsze pod wiatr”…

Mariusz Wawrzyńczyk: I pierwsza wtopa.

Artur Pruziński: Nie było jej w sklepach?

Mariusz Wawrzyńczyk: Nie było. Debiutancka płyta, a nie ma jej w sprzedaży na czas. Dostarczyłem płyty z tłoczni w odpowiednim czasie, e-Muzyka czyli wydawca również wywiązała się z terminów, a dystrybutor niestety nawalił i nie zaopatrzył na czas sklepów. Miałem też wykupioną reklamę, która po premierze została w związku z tym zawieszona.

Artur Pruziński: No nie wiem, jak to skomentować 🙂

Mariusz Wawrzyńczyk: Niezwykła wpadka, nie z mojej winy. Trochę mi przykro z tego tytułu, bo wielu ludzi czekało na płytę, nie tylko znajomych, ale też słuchaczy, którzy śledzą moją twórczość od kilku lat. Pisali, że nie ma płyty. Nie wpłynęło to pozytywnie na moje samopoczucie.

Artur Pruziński: Ale to żeby nie było tak smutno na początek wywiadu, to jakieś implikacje, ale takie pozytywne, z tego tytułu są przewidziane?

Mariusz Wawrzyńczyk: Mam taką nadzieję, może sklepy włączą się w promocję płyty. Pożyjemy, zobaczymy.

Artur Pruziński: A ile płyt na start zostało wytłoczonych?

Mariusz Wawrzyńczyk: Około tysiąca sztuk. Większość z nich poszła do dystrybucji.

Artur Pruziński: Porozmawiajmy o zawartości płyty. „Bardzo ciężko pracowałem nad materiałem. Wszystkie emocje przelałem na piosenki”. To są twoje słowa. Jakie emocje zatem nosi w sobie Mariusz Wawrzyńczyk?

Mariusz Wawrzyńczyk: O proszę pana – bardzo dużo emocji, ponieważ jestem autorem prawie wszystkich piosenek na tej płycie. Powstawały one na przestrzeni lat, od 2012 do 2018 roku, więc to kawał mojego życia. Pierwsze piosenki pisałem w trochę innym klimacie niż teraz. Był to okres, kiedy nie do końca dobrze działo się w moim życiu, taki smutny, nostalgiczny czas.

Artur Pruziński: Miłość, rozstanie…

Mariusz Wawrzyńczyk: Może nie do końca rozstanie. Różne życiowe rozterki. Zły czas po prostu i to się przełożyło na utwory, ale dostrzegłem to dopiero po kilku latach. Myślałem w tamtym czasie, że piszę o innych ludziach, a po latach wyszło, że tak naprawdę pisałem o sobie. To jest dla mnie bardzo odkrywcze.


Artur Pruziński: Sprowokowałeś pytanie, które chciałem zadać ci później, wchodząc być może trochę w polemikę. W tych piosenkach jest dużo o miłości, o tym żeby wierzyć, marzyć itd. Ktoś może powiedzieć, że jest to coaching słowno-muzyczny.

Mariusz Wawrzyńczyk: Coś w tym jest. Znajomi ostatnio spytali się mnie, czy nie jestem świadkiem Jehowy :). Mam takie trzy bardzo optymistyczne piosenki, które powstały w ostatnim okresie mojej twórczości, gdzie jestem już zdecydowanie bardziej pozytywnie nastawiony do otoczenia, jest we mnie dużo otwartości, chęci poznawania.

Artur Pruziński: A nie boisz się, że taki coaching ociera się momentami o banał?

Mariusz Wawrzyńczyk:  No pewnie! Niektóre teksty, które napisałem, są tandetne i kiczowate, ale ja lubię taki być. Przynajmniej jestem jakiś, a nie byle jaki :). Tak samo nie lubię, gdy ktoś krytykuje kogoś z powodu stylizacji, typu Szpaka czy Margaret… choć Szpak potrafi świetnie śpiewać, a Margaret niekoniecznie, ale jest przynajmniej jakaś, inna, a nie jak kilkanaście innych artystów funkcjonujących na rynku, niereprezentujących czegokolwiek, poza tym co zostało im narzucone przez wytwórnie. A oni nie mają z tego nic, ani złotówki, ani pieniędzy z koncertów, bo ich nie grają, ani z płyt, bo ich też się nie sprzedaje. Jeden, dwa utwory wypromowane i żyją z tego, że są rozpoznawalni przez kilka miesięcy. Wracając do tekstów, to cieszę się każdą chwilą, bo ona się może nie powtórzyć. Wiem, że to odrobinę banalne, ale tak jest.

Artur Pruziński: Faktycznie, widzę że nastąpiła przez te kilka lat zmiana podejścia do życia u ciebie. Ale to przez jakieś doświadczenia, a może chodziłeś na terapię?

Mariusz Wawrzyńczyk:  Nie, na żadną terapię nie chodziłem, ale może kiedyś warto byłoby pójść do psychiatry i psychologa. Normalny to nie jestem.

Artur Pruziński: 99% ludzi twierdzi, że nie są normalni. Nic, tylko zostać psychiatrą.

Mariusz Wawrzyńczyk: Myślę w każdym razie, że dojrzałem przez te lata. W tym roku kończę trzydzieści lat, to jest taki wiek, że podejście do życia też się zmienia w pewnym aspektach.

Artur Pruziński: O to też cię chciałem spytać. Skoro już poruszyłeś temat – czy płyta to autoprezent na urodziny?

Mariusz Wawrzyńczyk: Tak. Wydanie „Zawsze pod wiatr” jest prezentem z dwóch powodów. Pierwszy raz wystąpiłem profesjonalnie w 1998 roku, czyli właśnie mija dwadzieścia lat od mojego debiutu na scenie. Początki były ciężkie, a może właściwie nie tyle ciężkie, co tradycyjne jak na tamte czasy, to znaczy jeździłem po domach kultury, m.in. Martynę wtedy poznałem (przyp. Martyna Zając, występująca z Arturem Pruzińskim w zespole SUOVA). Jeździłem po Polsce na warsztaty wokalne Eli Zapendowskiej i Lory Szafran. Śpiewałem na świętach 3 maja, na dożynkach po wioskach, gdzie jedynym wynagrodzeniem było najedzenie się ciasta. Pamiętam, jak w Stypułowie w województwie lubuskim na dożynkach dostałem kiełbasę po koncercie w ramach właśnie wynagrodzenia. Potem wracaliśmy z koncertu, tak się obżarłem tej kiełbasy, że się zrzygałem w trasie :).

Artur Pruziński: Prawdziwy rock’n’rollowiec 🙂

Mariusz Wawrzyńczyk: Tak właśnie zaczynałem. Po drodze wydałem też dwie płyty rockowe z zespołami z Żar i z Gubina. Więc mija dwadzieścia lat. A druga rzecz to właśnie trzydziestka, przełomowy moment w życiu. Takie dwa prezenty sobie zrobiłem.

Artur Pruziński: Na płycie „Zawsze pod wiatr” znajduje się 12 utworów, do których napisałeś – w większości – teksty. Natomiast jeśli chodzi o muzykę, udało ci się podjąć współpracę z prawdziwymi tuzami polskiej kompozycji…

Mariusz Wawrzyńczyk: Tak. Zawsze miałem szczęście do kompozytorów. Do kogo się nie odezwałem, to nikt mi nie odmówił. Czyli ci kompozytorzy to mój świadomi wybór.

Artur Pruziński: Ale to magia nazwiska, twoich sukcesów na scenie, czy coś innego?

Mariusz Wawrzyńczyk:  Nie do końca. Po prostu wysłuchali nagrań z Szansy na Sukces, Festiwalu w Opolu bądź innych nagrań. Spotykałem się też z nimi w ramach różnego rodzaju eventów, bądź ktoś poznał mnie z konkretnym artystą. To są osoby, które podziwiam, cenię za ich twórczość i zawsze chciałem z nimi współpracować. Jestem niezwykle szczęśliwy, że mogę pracować z takimi artystami, również świetnymi muzykami, producentami. Odezwałem się np. do Tomka Luberta na facebooku, który napisał wiele hitów dla Virgin, Dody, Video. Tomek zgodził się na spotkanie, umówiliśmy się w Arkadii w Warszawie. Potem wysłał mi bodaj dziesięć propozycji, wybrałem jedną piosenkę i nagraliśmy ją. Ten utwór to „Miłość jest wśród nas”. Po wygranym Festiwalu w Opolu w 2015 roku odezwał się do mnie Marcin Nierubiec, autor wielu piosenek dla Krzysztofa Krawczyka czy Maryli Rodowicz.  Po dwóch miesiącach spotkaliśmy się u niego w domu. Efektem są trzy piosenki na płycie, a pewnie w przyszłości będzie ich więcej. Z kolei z Markiem Kościkiewiczem było tak, że pojechałem na Reszów Carpathia Festival, poznałem panią organizatorkę i poprosiłem, żeby załatwiła mi spotkanie z Markiem, który był tam jurorem. Udało się, tuż po festiwalu spotkaliśmy się na rynku w Rzeszowie, a potem po kilku miesiącach Marek zaprosił mnie do siebie do studia. Nagraliśmy demo dla jednego z jego artystów, potem pojawiałem się u niego jeszcze kilkanaście razie i w pewnym momencie bardzo spodobała mi się jedna piosenka…Marek powiedział: „bierz”. Napisał słowa w godzinę i to jest utwór na płycie o nazwie „Labirynt myśli”. Na płycie znajdują się także dwie kompozycje z lubuskim akcentem, ponieważ to moje rodzinne strony. Są to utwory Roberta Podolskiego („Mały Chłopiec”) i Stanisława Żaczka („Miłość to deszcz”). Mamy również dwie kompozycje moich przyjaciół, to jest znakomitego pianisty Tomka Betki oraz Marcina Błądzińskiego, którą napisał piętnaście lat temu.

Artur Pruziński: Oraz smaczek „Biała armia”, remix jednego z hitów zespołu Bajm…

Mariusz Wawrzyńczyk:  Tak. Jestem zakochany w Bajmie, byłem w fanclubie, jeździłem za Bajmem, potrafiłem w weekend odwiedzić trzy miasta w różnych częściach Polski, aby być na ich koncercie, kibicować Bajmowi i pani Beacie. Zawsze moim marzeniem było mieć na płycie kompozycje Adama Abramka i Pawła Sota, współkompozytorów wielu przebojów zespołu Bajm, ale choćby i Kasi Kowalskiej. Udało mi się to po bardzo  długich oczekiwaniach, ponieważ Adam przebywał w Stanach Zjednoczonych przez dłuższy czas. No ale jak przyjechał, to podjęliśmy współpracę. Powstał singiel „Lepiej bez słowa”, który jednak nie znalazł się na płycie, bowiem odbiegał stylistycznie od całości. Natomiast po roku współpracy zadzwonił do mnie Adam i spytał czy nie chciałbym zaśpiewać „Białej armii” z okazji jubileuszu zespołu. Na nowo to wydać, z kimś innym. Nagraliśmy, ale coś tam potem poszło nie tak, utwór trafił do szuflady. Po czym trzy tygodnie przed wysłaniem płyty do tłoczni przypomniałem sobie o tym numerze. Pasował do płyty. Nagrałem ponownie wokal, przesłałem do chłopaków, powiedzieli że ok, wysłałem do pani Beaty. Po dwóch godzinach odpisała mi smsem, że jest fajnie, coś może bym jeszcze zmieniła, ale podoba się, to twoja wersja, życzę powodzenia i przesyłam buziaczki :).

Artur Pruziński: No to jak smakują buziaczki od pani Beaty? 🙂

Mariusz Wawrzyńczyk: Cudownie. Przynajmniej w smsie.

Artur Pruziński: Pani Beata, twoja idolka z Polski, a kogo podziwiasz z tych zagranicznych gwiazd, wokalistów, wokalistek?

Mariusz Wawrzyńczyk: Adam Lambert, wokalista Queen od kilku lat. Ma taką skalę głosu, świetny wokal i charyzmę na scenie, że mało kto jest w stanie mu dorównać z pokolenia tych młodszych artystów na świecie. Miałem przyjemność spotkać się z nim w siedzibie Radia Eska. Pogratulowałem mu, a on najpierw się spytał, jak mam na imię, potem stwierdził, że mam fajną koszulę :). Zapytał, jaki rodzaj muzyki śpiewam, wykazał zainteresowanie, był uśmiechnięty. Pełen szacunek.

Z wokalistek oczywiście Tina Turner. Poszukałem jej adresu w sieci, nie jest to takie trudne. Mieszka w Szwajcarii. Wysłałem jej fotografię Tiny i nagraną na cd moją wersję piosenki GoldenEye oraz pocztówkę z moim podpisem. Minęły dwa tygodnie i przyszła odpowiedź ze Szwajcarii, podpisany własnoręcznie przez nią autograf. Skakałem jak małolat, kilka dni nie mogłem spać :).

Artur Pruziński: Muszę cię na koniec spytać o teledysk do „To tylko chwila”. Nie ukrywam, że stylistyka – przynajmniej moim zdaniem – bardziej wpada tu w disco-polo, jakbym oglądał Polo TV J Nie boisz się, że to trochę pachnie kiczem?

Mariusz Wawrzyńczyk: Powiem tak. Ogólnie nie jestem fanem teledysków. Dla mnie muzyka istnieje jako muzyka. Obraz nie jest potrzebny. Nie jestem natomiast autorem ani scenariusza, ani nie reżyserowałem klipu. W każdym razie teledysk wyszedł, tak jak wyszedł, mi się podoba…

 

Artur Pruziński: Spoko, jak chcesz nie musimy tego publikować…

Mariusz Wawrzyńczyk: Dawaj, dawaj. Możesz napisać też, że ja jestem tandetny i kiczowaty, ja to lubię :).

Artur Pruziński: No to Mariusz, bardzo ci dziękuję za wizytę! Powodzenia i trzymam kciuki.

Mariusz Wawrzyńczyk: Dzięki!

Artur Pruzinski