Metro2 – młodzi marzyciele dream-popu ze Słupska

metro2

„Jesteśmy Metro2 i gramy szeroko rozumianą alternatywę pomieszaną czasem z popem i dream-popem. Właśnie wydaliśmy płytę i chcielibyśmy się nią pochwalić” – napisał do mnie duet młodych artystów ze Słupska: Mia Mijewska i Hubert Kurkiewicz. Posłuchałem tej niezwykle nastrojowej, filmowej muzyki i uznałem, że ich twórczość zasługuje na to, aby trafić do szerszej publiki, czego im niezmiernie życzę. Co ciekawe, Mia zaczyna własnie studia reżyserskie w Warszawie, a Hubert uczy się w… Danii. Ale i tak zamierzają grać dalej. Poczytajcie i posłuchajcie.

Artur Pruziński: Rozmawiamy tuż po premierze waszej płyty, zatytułowanej „Metro2”, czyli identycznie jak nazwa zespołu. Zanim przejdziemy do muzyki, powiedzcie proszę, skąd pomysł na taką nazwę?

Mia: Bardzo długo myśleliśmy nad nazwą. O ile tytuł tyczy się jakiegoś zamkniętego konceptu, o tyle tutaj musieliśmy określić siebie w każdym parametrze i to jeszcze w reprezentacyjny sposób. Osobno nie ma takiego problemu, w solowych projektach Hubert to po prostu ‘Kurkiewicz’ a ja publikuję na soundcloudzie jako MM’99. Ale na znalezienie słów do określenia naszej dwójki potrzebowaliśmy bardzo dużo czasu. Pamiętam, że Hubert miał wiele wariacji na temat polskich określeń chaosu i bałaganu w liczbie mnogiej, a ja próbowałam zestawić nazwy barw i faktur. Chcieliśmy znaleźć coś odzwierciedlającego nasz eklektyzm, nie sugerując szufladek, których unikamy. Wydaje mi się, że przez pewien moment mocnym kandydatem była nazwa ‘Kwiaty’ ale automatycznie nasuwała skojarzenie z polskim brit popowym boysbandem w swetrach. Aż w końcu pewnego wieczoru natknęłam się na temat tajnej linii moskiewskiego metra, wybudowanej za Stalina na wypadek ataku na ZSRR lub zamieszek społecznych. System miał łączyć siedziby dygnitarzy z najważniejszymi obiektami wojskowymi, jak i stanowić schron na wypadek całkowitego zniszczenia Moskwy. Cała historia owiana jest tajemnicą i najprawdopodobniej sprowadza się do miejskiej legendy. Zestawienie ‘metro dwa’ wpadło mi w ucho i stwierdziłam, że TO jest dobra nazwa nasz duet. W swojej twórczości nawiązujemy do estetyki ‘post – soviet’, a ponadto jest nas dwójka i jesteśmy ‘undergroundowi’. Taki żart. Napisałam do Huberta i od razu się zgodził.

Hubert: Dodatkowo chciałbym przywołać kwestię wymawiania naszej nazwy. Paru ludzi pytało się nas, czy nasz zespół to „Metro Dwa”, „Metro Two”, czy może „Metro Dva”, z rosyjskiego. Zatem żeby wyjaśnić to raz na zawsze – mówcie sobie jak chcecie.

Artur Pruziński: Mia – ty piszesz teksty i śpiewasz, a Hubert – jak rozumiem – komponujesz? W kontekście instrumentarium posiłkujecie się głównie komputerem?

Hubert: Komputer jest zdecydowanie naszym głównym narzędziem, używamy go jako stacji roboczej, ale i źródła wielu sampli czy też pluginów. Wynika to oczywiście z kwestii finansowych. Album w 80% został nagrany w domowych warunkach i w takich też dokonywaliśmy miksu czy masteringu. Bez cyfrowych zamienników wszelakiego sprzętu, ciężko byłoby uzyskać brzmienia pojawiające się chociażby w „Dream Song”. Dodatkowo w paru kawałkach używam syntezatora Microkorg oraz różnego rodzaju gitar czy basów.

Mia: Dodatkowo komputer, choć może bardziej internet, to nasze medium, miejsce spotkań. Wszystkie dyskusje i ustalenia odbywają się na messengerze, promujemy się i ogłaszamy przez wszystkie możliwe media społecznościowe, a dysk google to nasz największy skarb.

Artur Pruziński: Swoją muzykę opisujecie jako alternatywa pomieszana z popem i dream-popem. Przesłuchałem dwa razy płytę „Metro2” i sądzę, że mogłaby być soundtrackiem do filmu. Ma się też wrażenie, jakby całość unosiła się w oparach narkotykowego haju 🙂 .…

Mia: To nie narkotyki, to sentyment. Z racji tego, że nie umiem pisać ‘nieprywatnych’ tekstów, na album składa się wiele prawdziwych emocji, krwi i kości. Również muzyka niesie ze sobą dużo tęsknoty, często fałszywej, bo jesteśmy za młodzi by tęsknić za 80s a nawet 90s. Inspirujemy się post punkiem i darkwave, punktem odniesienia często jest twórczość Joy Division, czasem Julee Cruise, dla mnie zawsze i niezmiennie The Cure. Staramy się jednak nawiązywać do tamtych brzmień w świeży sposób, filtrując przez własne pomysły na wyraźnie siebie i to, czym chcemy być. Moje główne uwagi do końcowych miksów Huberta tyczą się efektów nakładanych na mój wokal, zawsze chcę żeby było więcej pogłosu, przestrzeni, echa. Wtedy wokal, teksty, syntezatory tworzą razem spójny klimat sennych marzeń. Starannie pracujemy nad tym oniryzmem.

Artur Pruziński: Oboje pochodzicie ze Słupska, ale aktualnie mieszkacie w zupełnie innych miejscach. Ty Hubert w Danii, a Mia w Warszawie. Jak się tworzy na odległość?

Hubert: Bardzo dobre pytanie. Specyfika naszej pracy wynika oczywiście z tego, że nie jesteśmy w stanie widzieć się codziennie, razem jammować czy też pracować nad poszczególnymi warstwami. Większość utworów powstała jednak w podobny sposób. Najpierw mam pomysł na piosenkę, nad którą pracuję tak długo aż możemy mówić o wstępnie zaaranżowanym koncepcie. Taki utwór wysyłam do Mii która mówi mi czy w ogóle się na niego zajawia i czy jakkolwiek się w nim widzi. Następnie pisze do niego nowy tekst bądź dopasowuje coś, co już ma. Potem następuje swoiste odbijanie piłeczki – nawzajem wysyłamy sobie kolejne wersje, dodając linię melodyczną bądź też dodatkowe instrumenty. Z tego też powodu sztywny podział Mia – teksty i wokal oraz Hubert – muzyka nie jest stuprocentowo prawdziwy. Przenikamy się nawzajem i często nie ma miejsca na kompromis z żadnej strony. Muzyka, która nie podoba się Mii po prostu nie zostaje wykorzystana, to samo tyczy się tekstów i wielu innych aspektów naszej współpracy. Gdyby policzyć cały materiał stworzony przez nas przez ostatni rok, wydaje mi się że na płytę trafiło około 30% z niego.

Mia: Teraz sprawy w ogóle się skomplikowały. Przez ostatnie trzy lata mieszkałam w Gdyni, skąd do naszego rodzinnego Słupska było o wiele bliżej niż z Warszawy. Obecnie zaczynam studia, dokładnie reżyserię na Warszawskiej Szkole Filmowej i zobaczymy jak często będziemy się spotykać. Oboje mamy własne plany na przyszłość, oboje też niedawno zdaliśmy sobie sprawę, że chcemy je jednak łączyć z muzyką, a nie jest to łatwe. Paradoksalnie dla mnie najbardziej twórczym okresem była klasa maturalna, wtedy zrobiłam mój pierwszy ‘poważny’ film krótkometrażowy (przy którym zresztą Hubert pomógł mi z obróbką dźwięku) i napisałam większość piosenek na album. Przeprowadzka do Warszawy to z pewnością nie był najłatwiejszy okres, ale otworzył mnie na pewien nowy rodzaj wrażliwości.

Artur Pruziński: Hubert, czy w Danii miałeś już okazję liznąć lokalnej sceny muzycznej, typu jam session w Kopenhadze?

Hubert: Studiuję w mieście oddalonym od Kopenhagi o 300km, więc nie przebywam tam aż tak często. Scena muzyczna wydaje się być jednak zaskakująco liczna także poza stolicą. Sporo jest także studentów, którzy mają jakąś przeszłość muzyczną, także na brak ludzi do grania nie narzekam. Odpowiadając na twoje pytanie, Metro2 pochłonęło mnie w ostatnim czasie tak mocno, że nie do końca chciało mi się wychodzić z tej bańki bezpieczeństwa jaką jest granie z samym sobą w pokoju. Jednak podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce udało mi się trochę poimprowizować w kameralnym gronie muzyków i znajomych. Był to tak wspaniały występ, że przypomniałem sobie tę całą energię jaką muzyk może przekazać podczas grania na żywo. Dlatego też w najbliższej przyszłości mam nadzieję wejść trochę głębiej w lokalną scenę.

Artur Pruziński: Planujecie koncerty?

Mia: Tak naprawdę dopiero zaczynamy przygodę z Metro2. Razem tworzymy około półtora roku, od strony twórczej dopiero poznajemy siebie nawzajem. Nasze brzmienie musi się skrystalizować, jesteśmy też świadomi tego, że potrzebujemy jeszcze muzycznie dojrzeć, wiele się nauczyć. To samo tyczy się występów na żywo. Odtworzenie elektronicznych brzmień na koncertach będzie wymagać od nas sporo pracy, i to już nie na odległość. Dlatego na razie w planach mamy rzeczywiście przygotowania i próby, kiedy w końcu spotkamy się gdzie indziej niż na FaceTime, ale żadnych konkretnych dat i miejsc.

Artur Pruziński: Na koniec trochę prywatne pytanie do Huberta, w imieniu mojego zespołu KA1 jak i kolegi trębacza, który nas opuścił i przeprowadził się właśnie do Słupska. Gdzie warto zagrać w tym mieście koncert oraz jaki zespół z tych stron, poza waszym, polecasz?… To może kumpel z nimi by pograł, a my byśmy zrobili mu niespodziankę i przyjechali do Słupska wystąpić 🙂

Hubert: Wielu moich znajomych, również muzyków, wyjechało ze Słupska ze względu na studia w różnych innych miastach. Jednak staram się na bieżąco śledzić naszą scenę i doglądać projektów starszych i młodszych zespołów. Bardzo niedawno odkryłem zespół Moralez. Mają świetne kompozycje i teksty oparte na wspomnieniach dzieciństwa mojego pokolenia. Widać, że pod memiczną osłonką kryje się naprawdę ciekawe i poprawne, rockowe granie. Co do jazzu, radziłbym pokręcić się po różnych jam session organizowanych przez kadrę słupskiej Yamahy. Grałem na takim raz i pomimo moich braków w warsztacie, ostatecznie wyszło naprawdę fajnie.

Artur Pruziński: Dziękuję za wywiad. Powodzenia!

zdjęcie: Jakub Owczarek

Artur Pruzinski