Michał Wojtas z Amarok o projekcie „The Storm”

amarok

Nasze spotkanie zaczęliśmy od testowania elektrycznego kontrabasu. Michał Wojtas – twórca, lider Amaroka – to człek kreatywny, nie omieszkał więc ładnie pograć na instrumencie, na którym… nigdy wcześniej nie grał. A potem mowa była o muzyce, w tym o najnowszej płycie Amarok – „The Storm”. Rzecz o tyle godna uwagi, że album jest efektem międzynarodowej współpracy. Kompozycja napisana i zagrana do choreografii – spektaklu brytyjskiego artysty Jamesa Wiltona. Zapomniałbym – no i to w końcu  Amarok – jedna z legend polskiej sceny rocka progresywnego (choć Michał twierdzi, że to po prostu muzyka, a nie żadna progresja).   

Artur Pruziński: Piąta płyta, jeśli chodzi o Amarok, ale pierwsza tak nietypowa, skomponowana do choreografii tanecznej. Gracie ją także na żywo poza spektaklami…

Michał Wojtas: Rzeczywiście pierwszy raz stworzyłem muzykę do spektaklu, teatru tańca współczesnego. Ten album nie był przeze mnie planowany. Poznaliśmy się z Jamesem Wiltonem, wyszła od niego taka inicjatywa i postanowiłem zrealizować ten projekt jako Amarok, mimo iż muzyka różni się od klimatu poprzednich płyt. Jest bardziej ilustracyjnie, instrumentalnie.

Artur Pruziński: Czyli myślałeś o tym, żeby wydać „The Storm” jako solowy album?

Michał Wojtas: Bardziej, czy w ogóle wydać. Natomiast propozycja Jamesa padła do mnie, jako do Amaroka, ponieważ on był zafascynowaną czwartą płytą – „Hunt”. Zależało mu na takiej estetyce. Dla mnie to też w pewnym sensie prestiżowa sytuacja – Anglik pisze do Polaka, mamy międzynarodową współpracę. Uznałem, że warto się nią pochwalić, a najlepszym sposobem jest wydanie całości jako piątego albumu Amaroka.

Artur Pruziński: Trochę jak „Another Brick In The Wall” Pink Floyd. Muzyka stworzona do spektaklu, a potem grana wielokrotnie w wersjach koncertowych, również jako oddzielny byt.

Michał Wojtas: Tak, my też chcemy grać na koncertach utwory z „The Storm”, chociaż raczej piosenki, mniej związane z przedstawieniem. Na pewno dużo też z Hunt będziemy grać, ponieważ ten album został doskonale przyjęty przez audytorium oraz traktuję go trochę jako takie nowe życie Amarok; wydany po dłuższej przerwie, ze świeżą energią.

Artur Pruziński: Jeden z utworów na płycie „The Storm” miał ponad sto dwadzieścia tracków w trakcie nagrania i edycji. Brzmi jak bardzo ciężka praca.

Michał Wojtas: Tak, ale i bardzo przyjemna. Trochę jak pisanie muzyki do filmu, a przynajmniej tak sobie to wyobrażam. Wiele brzmień, ścieżek, zmiany metrum, statyczne dźwięki – niezwykłe, coś co chciałbym robić na co dzień… może poza Amarokiem, nawet dla kogoś.

Artur Pruziński: Przy tej nietypowej produkcji, jak sam stwierdziłeś, pracowałeś razem z żoną Martą. Nie kłóciliście się… choć odrobinę? 😊

Michał Wojtas: Kiedy pracujemy nad tekstami, rozmawiamy o idei, o czym miałyby być. W tym wypadku James narzucił konwencję, ideę projektu, więc poruszaliśmy się w określonych ramach. Kłótni zatem nie było, choć takowe nam się zdarzały wcześniej, bo ja się często po prostu czepiam, bardzo zależy mi na melodii. Marta miewa ze mną ciężko, ale finalnie zawsze jesteśmy zadowoleni z efektów wspólnej pracy.

Artur Pruziński: Rock progresywny – tak określa się muzykę Amarok. Zgodnie z prawdą?

Michał Wojtas: Wiele osób, fanów tego nurtu nie nazwałoby twórczości mojego zespołu rockiem progresywnym. Amarok balansuje na granicy między rożnymi gatunkami, a „The Storm” to już w ogóle ambient, wręcz ścieżka filmowa. Natomiast kolejna płyta będzie raczej bliżej stylistyki albumu „Hunt”, choć tak jak już wspomniałem lubię nowe, chciałbym pracować z reżyserami, z filmem i realizować się też w takiej konwencji, wtedy niekoniecznie jako Amarok.

Artur Pruziński: Colin Bass z legendarnego zespołu Camel, którego namiętnie słuchałem w dzieciństwie – Mieliście okazję kilkukrotnie współpracować. Jak do tego doszło?

Michał Wojtas: To dość zabawne, bo to Colin mnie zaprosił do współpracy, a ja…wówczas jako nastolatek nie do końca wiedziałem, kim on jest. Do współpracy doszło za pośrednictwem ówczesnego polskiego wydawcy Colina – Witolda Andree z firmy Oskar, skontaktował się z moim wydawcą Mieczysławem Stochem, wujkiem niejakiego Kamila Stocha. No i zostałem zaproszony do Berlina do studia Colina. A nie wiedziałem kto to jest, bo po prostu nigdy nie byłem zbyt wielkim fanem rocka progresywnego. Swego czasu znałem i słuchałem tylko Pink Floyd i Oldfielda. Wydaje mi się wręcz, że formuła klasycznego progresu jest dość wyeksploatowana. Coś, co jest nazywane progresją, powinno być czymś innowacyjnym, a nie zawsze tak jest. Kiedy mamy do czynienia ze współczesnymi zespołami tworzącymi jak te z lat 70tych, w tym sensie możemy nawet nazwać taki  gatunek rockiem regresywnym W tamtych latach Pink Floyd i Oldfield byli bardzo postępowi i to był właśnie progres. W mojej muzyce lubię iść do przodu, lubię odkrywać nowe horyzonty.

Artur Pruziński: Czyli rock regresywny 😊 To bardzo ciekawe. Myślę bardzo podobnie, tylko nigdy chyba nie potrafiłem trafnie zdiagnozować tej obserwacji. A tu proszę, eureka! W każdym razie, wracając do Camela – gdyby Andy Latimer – frontman zespołu – zadzwonił teraz do ciebie i powiedział: Majkel, we need you! Nie chcemy już Colina Bassa na basie. Przyjeżdżaj, robimy nową płytę, zagrasz za Colina. Powiedziałbyś tak, czy nie?

Michał Wojtas: Nie, hahaha. Wiedziałbym, że żartuje. Nie jestem basistą, a Colin to świetny basista i super gość.

Artur Pruziński: To tak na koniec powiedz, jakieś zlecenie na muzykę do filmu już masz?

Michał Wojtas: Jeszcze nie, ale rozmawiam z Jamesem Wiltonem na temat nowego przedstawienia. Raczej już nie pod szyldem Amaroka, ale coś razem jeszcze wkrótce zrobimy.

Artur Pruziński: Dzięki za wywiad, powodzenia!

Artur Pruzinski