Mirek Gil z Believe – maestro gitary opowiada (nie tylko) o nowej płycie

Mirek Gil

Mirosław Gil – genialny polski gitarzysta, kompozytor, lider zespołów Collage, Mr. Gil, Ananke i Believe. Z okazji premiery płyty „Seven Widows” (październik 2017) tego ostatniego z wymienionych składów, Mirek odwiedził mnie na warszawskiej Pradze. Tradycyjnie przy domowym cieście i ekstrawagancko przy azjatyckiej kawie „z kupy” łaskuna opowiedział kilka smacznych historii ze swojego bogatego artystycznego życia, a także zarekomendował nowy krążek Believe. 

Artur Pruziński: Jakie kobiety lubisz?

Mirek Gil: Takie w stylu Catherine Deneuve. Mam taką żonę, niezwykle atrakcyjną kobietę (śmiech).

 

Artur Pruziński: Można powiedzieć, że to Catherine Deneuve jest podobna do twojej żony…

Mirek Gil: Tak, oczywiście (śmiech). To ona jest podobna do mojej żony.

 

Artur Pruziński: Przeglądałem kanał YouTube zespołu Believe. To zawsze kopalnia komentarzy, reakcji na twórczość artysty. Ciekawiło mnie też, kim jest wasz fan, z jakiego kraju pochodzi. Pojawia się często komplement „światowa muzyka”. 

Mirek Gil: Dziękuję bardzo. Ja na co dzień nie czytam tych komentarzy, ale rzeczywiście dużo osób pisze również bezpośrednio do nas, co jest cholernie miłe. Jest to taka energia, która daje ci wiarę w to, co robisz. Wczoraj np. dostałem maila od Amerykanina. Napisał, że nie potrafi tego wytłumaczyć, ale moja gitara i dźwięki, które gram, trafiają do niego, że jest mu to bardzo bliskie. I to jest fajne. Myślę, że nasza muzyka łączy ludzi o podobnym temperamencie emocjonalnym i filozofii życia. Dlatego tworzymy Believe. Podam inny przykład – gramy z Believe na RoSFest w USA i podchodzi do nas fan, pan doktor który przyjechał specjalnie z Nowego Jorku do Pensylwanii. Wykłada 17 płyt, które nagrałem i każe się podpisać. Obejmuje mnie i mówi, żebyśmy grali cały czas, bo to piękna muzyka.

 

Wracając do twojego pytania. Na pewno Stany Zjednoczone, Amerykanie bardzo lubią naszą muzykę. Teraz ruszyła się Skandynawia. Za mało może tam graliśmy – trzeba nad tym popracować. Myślę też, że czasy się zmieniły, nie ma bariery językowej. Teraz w Polsce wszyscy pięknie mówią po angielsku. Pamiętam czasy, kiedy w 1994 czy 1995 pojechaliśmy do Holandii i Robert Amirian, który już mówił wtedy w kilku językach, udzielał wywiadu po angielsku i po niemiecku. To był taki szpan. Graliśmy wtedy przed zespołem Pendragon. Brazylia, Indonezja – tam też . Fajnie się to ułożyło, wszystko zależy od fanów, to się samo buduje. Oczywiście zmieniły się czasy, trzeba szczęściu pomóc. Choćby Metallica, która przyjeżdża do Pragi…

 

Artur Pruziński: … i gra Jozina z Bazina.

Mirek Gil: Dokładnie. Czy występuje z Ozzym Osbournem. A więc mamy na porządku dziennym różne chwyty marketingowe. Ja się bardzo cieszę, że rynek koncertowy się trochę ruszył. Poprzez live naprawdę można zdobyć wielu fanów.

 

Artur Pruziński: Opowiedz mi o najbliższej trasie koncertowej, mam na myśli ten rok. Sporo gracie.

Mirek Gil: Tak, całkiem sporo gramy. Jestem sam zaskoczony, bo mieliśmy trochę przerwy z Believe, zmiany składu. Jest nowy wokalista Łukasz Ociepa i nowy perkusista Robert Qba Kubajek, no i Satomi na skrzypcach oraz klawiszach. Przemas na basie, ja na gitarach. Ruszyliśmy, frekwencja jest bardzo zadowalająca. W kwietniu zagraliśmy dużo na południu Polski i w Warszawie, no i teraz będzie przerwa. W maju zamierzamy pracować nad akustyczną wersją albumu Seven Widows. Nagramy ją chyba w Radiu Rzeszów. Może będzie kwartet smyczkowy lub pianista, zobaczymy w jakim kierunku pójdziemy.

 

Artur Pruziński: Czyli Jozin z Bazin (śmiech)

Mirek Gil: No może trochę tak. Kwartet dałby pewne takie spełnienie marzeń. Dawno temu już o tym myślałem.

 

Artur Pruziński: Ale to własnym sumptem chcecie zrobić, czy jest jakiś sponsor czy mecenat, który stoi za projektem?

Mirek Gil: Może będziemy szukać, ale teraz raczej jesteśmy na etapie, że sami wszystko produkujemy. Tak chyba jest najlepiej. W każdym razie Radio Rzeszów i Radio Poznań są zainteresowane. Zobaczymy. Raczej to będzie live – forma koncertu.

 

Artur Pruziński: A koncerty zagraniczne?

Mirek Gil: Myślę, że w Warszawie zagramy z dwoma gwiazdami zagranicznymi, jako support. To chyba będzie 10 listopada w Hali Znicz przed Jethro Tull, tak na 90% i 20 listopada przed Fishem w Bydgoszczy.

 

Artur Pruziński: Przed Fishem zagracie kolejny raz, zgadza się?

Mirek Gil: Tak, to jest taka fajna historia. Ja wcześniej grałem już przed nim z Collage. Później w Stodole po wielu latach, pamiętam jak szykowaliśmy się ponownie przed jego występem, tym razem z Believe. Wchodzi Fish i mówi „Cześć Gilu, dobrze cię widzieć”. Nie widziałem go tyle lat… A tu facet o takim „Gilu” mógł pamiętać. Zaprzyjaźniliśmy się. Graliśmy ze 4 czy 5 koncertów przed Fishem. Takiego artystę polecam wszystkim. Nie jest tak, że zostawia nam 15 minut i nikt się nami nie opiekuje. Zawsze mieliśmy 1,5 h na to, żeby spokojnie się przygotować do występu, a jego realizator dźwięku nad wszystkim czuwał. Fish powiedział: znam tą drogę, zagrałem multum supportów z Marilion przed zespołami, o których nikt już nawet nie pamięta.

 

Artur Pruziński: Gracie koncerty z supportami?

Mirek Gil: Raczej nie. Gramy teraz z ProAge co prawda, ale to bardziej zależy od miejsca. Oni są ze Śląska, dojrzali faceci, grają fajną muzyką, mocniej od nas. Jest tam młody gitarzysta, wymiata. Panowie to ciekawi ludzie. My nie robimy żadnych selekcji. Przypadek po prostu zdecydował.

 

Artur Pruziński: Chciałem cię spytać o muzyczne inspiracje; King Crimson, wiem że jesteś też fanem Davida Gilmoura…

Mirek Gil: Oczywiście, trudno nie być fanem Davida Gilmoura. Chociaż szczerze, jego ostatnia płyta mi się nie podoba. Utwór singlowy, taki popik trochę, nie bardzo. Również Indie Rock, Damien Rice, później James Bay, polecam go – gra na gitarze i śpiewa – super piosenki, kapitalne rzeczy. Jeśli chodzi o polskie tematy, przyznam że nie ma tego tyle, żeby mnie coś mogło szczególnie zainspirować. Słucham Jary OZ – to jest zresztą mój kumpel, uważam że pisze świetne piosenki.

 

Artur Pruziński: A Anita Lipnicka? Miałeś z nią muzyczny romans.

Mirel Gil: To był trochę przypadek. Nasz kolega Piotrek Iwicki – mega gość, muzyk, dziennikarz przyjaźnił się z managerem Anity i polecił jej nasz zespół. Szukała akurat muzyków akompaniujących. Zresztą przez ten projekt przewinęli się, grali z nami znakomici muzycy. Hugh Burns – gitarzysta Georgea Michaela, nagrał z nim płytę „Older”, jeden bardzo znany producent muzyczny, który nagrywał kiedyś notabene z Davidem Gilmourem. I był jeszcze gitarzysta Dire Straits. Także mieliśmy okazję wystąpić z prawdziwymi gwiazdami.

 

Artur Pruziński: Anita miała taki skład? Skąd ona ich wytrzasnęła?

Mirek Gil: Manager Wiktor Kubiak mieszkał w Londynie. To był wielki manager, twórca Metra. Był sąsiadem gitarzysty Eurythmics. Mocno siedział w biznesie, głównie z EMI, stąd Anita miała takich wybitnych muzyków. Tą drogą szła też swego czasu Edyta Górniak. Wiktor niestety dostał zawału i zmarł. Natomiast wracając do pytania, to była przygoda. Ja nie jestem muzykiem sesyjnym.

 

Artur Pruziński: Seven Widows – jak bardzo jest to dla ciebie ważny album, czy jest lepszy, gorszy od poprzednich?

Mirek Gil: Ogromnie ważny, to pierwszy album taki koncepcyjny. Poza tym jest przełomowy w tym sensie, że nagraliśmy go po kilku latach w zmienionym składzie. Od premiery w październiku minęło już kilka miesięcy, a ja coraz bardziej doceniam album, teraz dopiero słucham go w domu. Jest bardzo zgrabnie zrobiony muzycznie, ładnie go poukładaliśmy. To, co jest ważne dla mnie – nie dawaliśmy albumu najpierw dziennikarzom, tylko puściliśmy go w eter i zostawiliśmy do oceny ludzi. I to jest  fajne, bo głosy fanów są najważniejsze, a im się bardzo spodobało. Recenzje potem były również pozytywne. Może jedna taka sobie, facet z artrock.pl napisał zimno, bez emocji, ja trochę nie wytrzymałem i odpisałem mu może nieelegancko, że jest bezduszny. Wydaje mi się po prostu, że nie zrozumiał tej muzyki. Ma do tego prawo oczywiście, natomiast należy pamiętać, że ponosi pewną odpowiedzialność jako dziennikarz muzyczny, choć samozwańczy, bo jak się okazuje z zawodu historyk. Teraz w Internecie w każdym razie jest to normalne. Kiedyś przeczytałem, że jednemu dziennikarzowi moja gitara kojarzy się z Guns N’Roses…. (śmiech). Spytałem wtedy: „Chłopcze – to ile ty masz lat?” 17 – padła odpowiedź.

Artur Pruziński: (Śmiech). Mi twoja gitara kojarzy się z Robertem Frippem. Słyszę go zdecydowanie najwięcej.

Mirek Gil. Tak. Niektórzy słyszą też Hacketta. Fripp to geniusz, ja gram namiastki tego, co on.

 

Artur Pruziński: Mimo tych wszystkich porównań, chciałbym ci powiedzieć, że masz swój styl. Słyszę twoją gitarę i wiem, że gra Mirek Gil.

Mirek Gil: Dokładnie, zawsze o to chodziło. Wiesz, o co chodzi – jesteś młodym człowiekiem, zaczynasz grać na gitarze…mnie od początku interesowało, żeby ta gitara była moja. Nie potrafiłem zagrać jeszcze podstawowych funkcji, a już nad tym pracowałem. Nie jestem może wirtuozem, ale chodzi o to, żeby mieć te swoje dźwięki, które poruszają ludzi. Pamiętam z dzieciństwa jedną historię. Na próbie pojawił się facet i mówi: „Ty małolat – chodź no tu do mnie. Jak grasz solówkę, to musisz pamiętać: niebo musi pękać, a kobiety muszą płakać – inaczej nie graj, dobrze?”. To kwintesencja grania. Ja dużo solówek tak naprawdę nie gram. Gram bardziej melodyjki, bo melodia jest najważniejsza, o proszę.

 

Artur Pruziński: Tak, melodia jest najważniejsza – niech to będzie kwintesencja tego wywiadu. Mirek – dziękuję ci bardzo!

Mirek Gil: Dzięki.

Artur Pruzinski