Pastorałki i karnawałki – ProForma i Marcin Wawruk

Marcin Wawruk

Marcin Wawruk – chórmistrz, aranżer, producent, wykładowca. Jednym słowem postać ikona polskiej sceny muzycznej. Marcin przekroczył w grudniu skromne progi domowej redakcji Ciekawie o Kulturze. Pretekstem była premiera albumu „Pastorałki i karnawałki” w wykonaniu wielokrotnie nagradzanego chóru ProForma. Nasz gość jest jego założycielem i liderem. Rozmawialiśmy także o współpracy z Bobbym McFerrinem, chórzystach ProFormy, ale i wątkach sprzed lat, jak współpraca z Norbim. Niewielu bowiem wie, że Marcin Wawruk jest współautorem hitu „Kobiety są gorące”.

Artur Pruziński: Pastorałki i karnawałki – dość nietypowe połączenie, chyba pierwsze tego typu na rynku muzycznym. Trochę kolędy a trochę muzyka karnawałowo-rozrywkowa, gdzie całość ma bardzo radosny wydźwięk…

Marcin Wawruk: Trochę tak. Płyta to podsumowanie tego, co robiliśmy z moim zespołem ProForma. To już bowiem 20 lat działalności. Co roku przybywał nam w okolicach Bożego Narodzenia jeden, dwa utwory. Braliśmy na warsztat repertuar świąteczny, ale zawsze staraliśmy się to robić inaczej niż dyktuje przyzwyczajenie. To znaczy – unikamy tradycyjnych, kanonicznych opracowań, a bardziej szukamy nowego spojrzenia. Mieszamy style w dowolny, niekonwencjonalny sposób, tak aby trochę zaskoczyć słuchacza.

Artur Pruziński: Wspomniałeś o 20 latach działalności. Szykujecie coś extra z tej okazji, czy też „Pastorałki i karnawałki” to taki album, jak sam przyznałeś, trochę podsumowanie?

Marcin Wawruk: Ta płyta miała się ukazać wcześniej. Ze względu na okoliczności zewnętrzne premiera miała miejsce pod koniec 2019 roku. Natomiast chcielibyśmy realizować nowy projekt muzyczny i być może przygotować jakieś specjalne wydarzenie. Mamy z tyłu głowy utwory inspirowane muzyką ludową. Postaramy się pokazać w symboliczny sposób tradycję polską wraz z innymi wpływami przez filtr wielogłosowej muzyki wokalnej.

Artur Pruziński: Widziałem na YouTube próby chóru z Bobbym McFerrinem w Legnicy jak i fragmenty występu w radiowej Trójce, gdzie zrobiliście wariację na temat twórczości Czesława Niemena. Co było dla was najciekawszym, a może najbardziej wzbudzającym emocje momentem w trakcie wieloletniej działalności ProFormy?

Marcin Wawruk: Wydaje mi się, że bezkonkurencyjny tu jest Bobby McFerrin. Ja się na jego muzyce wychowałem jako aranżer i chórmistrz. Pierwsze płyty Bobby’ego ukazały się w czasie, gdy stawałem się samodzielnym muzykiem. Skończyłem studia i wtedy był on dla mnie niebywałym odkryciem. Do dzisiaj mam nagrany na kasecie jego koncert z Urszulą Dudziak z Jazz Jamboree. Nieprawdopodobne rzeczy tam oboje wyczyniali. Plus jego pierwsze solowe pomysły typu „Spontaneous Inventions”, kiedy cały koncert zrobił sam. Jego sposób zabawy z muzyką wydaje mi się niebywale inspirujący.

Artur Pruziński: Mnóstwo pozytywnej energii…

Marcin Wawruk: No właśnie. Muzyka poszła w stronę trochę nazbyt poważną. Dystans pomiędzy artystą  i publicznością wydaje mi się zupełnie niezasadny. A Bobby zmienia to w genialny sposób. Przestrzenią muzyczną staje się wszystko, i scena i audytorium. Trochę jak w tradycyjnych kulturach. W Afryce w ogóle nie ma mowy o tym, że jest jakaś publiczność. Wszyscy są jednocześnie artystami, słuchaczami, tancerzami. To wspaniałe.

Artur Pruziński: Czyli Bobby i Legnica (śmiech). Chciałbym cię spytać o chórzystów. Czy skład jest niezmienny od początku istnienia?

Marcin Wawruk: To byłoby niewykonalne. Finansujemy działanie zespołu z koncertów, występów, ale nasi wokaliści nie utrzymaliby się z tej działalności. Skład się zmieniał, bo ludzie mają swoje obowiązki służbowe i rodzinne. Kilka osób bardzo cennych niestety wypadło. Zespół ProForma to taka muzyczna rodzina. Lubimy ze sobą spędzać czas na dobre i na złe. Pomagamy sobie wzajemnie, również w trudnych momentach życiowych. Gdy wypada ktoś ze składu, to trudno znaleźć osobę na taki wakat, bo tak naprawdę chodzi o pewien miks osobowości. Sukcesy zespołu wzięły się stąd, że robimy coś, bo lubimy, a nie dlatego że musimy.

Artur Pruziński: A to są ludzie po szkołach muzycznych, czy po prostu pasjonaci?

Marcin Wawruk: Jest i tak i tak. Zespół powstawał w oparciu o studentów Instytutu Muzyki w Olsztynie. Co nie znaczy, że byli oni zawodowymi wokalistami. Mamy jedną zawodową wokalistkę – moją żonę Małgosię, która dużo wnosi jako specjalistka od emisji głosu. Mamy też osoby spoza branży muzycznej: inżyniera, tancerza, fotografa, urzędników. Całość oparta jest na wspólnej pasji do śpiewania i dbałości o profesjonalizm, a także dawania sobie nawzajem dużej porcji radości.


Artur Pruziński: Wspomniałeś o żonie. Wiem, że oboje otrzymaliście ostatnio nagrodę od prezydenta Olsztyna w tym samym czasie, gdy Olga Tokarczuk odbierała nobla. Przypadek?

Marcin Wawruk: Tak, to była piękna koincydencja. Trochę symboliczna. Oczywiście pani Olga otrzymała nagrodę w wymiarze światowym, a my w bardzo lokalnym, ale ten zbieg okoliczności bardzo sobie chwalę.

Artur Pruziński: Na koniec, zbaczając z tematu, powiedz proszę jak ci się pracowało z… Norbim? Jesteś bowiem kompozytorem muzyki do hitu „Kobiety są gorące”.

Marcin Wawruk: Wbrew pozorom te wszystkie wątki muzyczne spotykają się na koniec w ProFormie. Łączymy tu różne pomysły na robienie muzyki. Z jednej strony przeszedłem cały proces edukacji muzycznej. Z drugiej jest wątek mniej poważny, bo równolegle grałem w zespołach rockowych, zajmowałem się muzyką dyskotekową i faktycznie jestem współautorem płyt Norbiego. Z Norbim poznaliśmy się jako student i profesor. Trafił na moje zajęcia dyrygowania w Olsztynie. Potem spotykaliśmy się bardziej towarzysko. On jako pan redaktor Radia Olsztyn, a ja jako uczestnik życia muzycznego w naszym mieście. W końcu trafił do mnie ze swoim projektem muzycznym, rapowanym. Wtedy to była w Polsce absolutna nowość. On się pięknie wstrzelił w moment i miał dobry pomysł na to, żeby zaistnieć w showbiznesie. Do dziś z tego zresztą korzysta. Do projektu podeszliśmy bardzo profesjonalnie, ale trudno byłoby mi teraz wrócić do takiej stylistyki (śmiech).

Artur Pruziński: A do zespołu rockowego?

Marcin Wawruk: To były Suwałki. Młodość. Właściwie to grałem na wszystkim. Było mało kolegów do muzykowania. Trochę takie chałupnictwo. Mieliśmy swoje wzorce progresywne. Sięgaliśmy po utwory zespołów Rush, Pink Floyd, Genesis czy King Crimson. Prawdopodobnie robiliśmy to wystarczająco nieudolnie, żeby nie zrobić kariery (śmiech). W każdym razie te doświadczenie były bardzo cenne i miały wpływ na moją przyszłość jako muzyka.

Artur Pruziński: Dziękuję za wywiad.

 

Artur Pruzinski