Renesans na jazzowo – wywiad z Anną Gadt i Zbyszkiem Chojnackim

Gadt-Chojnacki-Gradziuk

25 stycznia odbyła się premiera płyty tria Gadt/Chojnacki/Gradziuk pt. RENAISSANCE. Z tej okazji spotkałem się w warszawskiej kawiarni z Anną Gadt oraz Zbigniewem Chojnackim i porozmawialiśmy o ich najnowszym dziecku muzycznym. Będzie sporo o jazzowej improwizacji (na najwyższym poziomie), inspiracjach w sztuce i tłumaczeniu renesansowej rzeczywistości na współczesny język.

Artur Pruziński: Skąd pomysł na wariację muzyczną na temat epoki renesansu?

Anna Gadt: Początek miał bardzo przypadkowy charakter, choć nie ukrywam, że muzyka klasyczna jest stale obecna w moim życiu. Wiele lat grałam na fortepianie, do dziś ćwiczę głos, śpiewając klasyczne utwory i frazy. A wracając do pomysłu na Renaissance – słuchając muzyki klasycznej, wśród utworów barokowych „zapodział” się utwór Wacława z Szamotuł In Te Domine speravi. Pierwszy temat – motyw oparty zaledwie na czterech dźwiękach bardzo długo nie dawał mi spokoju i drążył moją wyobraźnię. Jestem zdania, iż to, że jakaś kompozycja bardzo ci się podoba, nie oznacza, że od razu trzeba ją grać i nagrywać, dlatego dużo czasu upłynęło, zanim zaczęliśmy zgłębiać temat. Wiele rzeczy zaczęło układać się w całość, gdy usłyszałam Zbyszka. Jego niestandardowe podejście do instrumentu przy jednoczesnym zachowaniu klasycznego potężnego i orkiestrowego brzmienia, zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

Artur Pruziński: Z informacji prasowej na pierwszy plan wysuwa się wniosek, że chcecie tłumaczyć renesansową rzeczywistość na współczesny język…

Zbigniew Chojnacki: Nie da rady tego inaczej zrobić niż przez współczesność.

Anna Gadt: Jako muzycy współcześni mamy inne niż w renesansie środki wykonawcze, ale także podejście do harmonii i melodii. Rewolucja przemysłowa spowodowała, że wszystkie dźwięki, szumy, szmery stały się dla nas powszednie.

Zbigniew Chojnacki: Znajdujemy się w kawiarni, cały czas się coś dzieje, nie ma ciszy.

Artur Pruziński: Momentami nawet męczące.

Zbigniew Chojnacki: Zależy, jak do tego podejść (śmiech).

Anna Gadt: To jest jeden z tych elementów, które wpływają na wrażliwość. Grając muzykę bardzo otwartą trudno opierać się jedynie na systemie dur-moll. Skala całotonowa, która pojawia w jednym z utworów na płycie, była skalą zakazaną w ówczesnych czasach – uważano ją za wymysł szatana.

Artur Pruziński: Chcecie pójść za ciosem, wziąć się za inną epokę?

Zbigniew Chojnacki: To by było systemowe… wiesz – barok, romantyzm, doszlibyśmy do Chopina, potem do Lutosławskiego. Zresztą słyszałem już Chopina w aranżacji na akordeon – nic ciekawego (śmiech). Poza tym renesans interpretuję bardzo indywidualnie jako „dialogowanie” – taką „rozmowę z epoką”.

Anna Gadt: Zastanawiałam się nawet, czy stosowanie nazw utworów na płycie ma sens, ponieważ niektóre z nich są bardzo dalekie od oryginałów.

Artur Pruziński: Pomyślałem o Adamie Strugu – on tego typu tematy często bierze na warsztat. Oczami wyobraźni widzę waszą kooperację w studiu jak i na scenie.

Anna Gadt: Ja go bardzo lubię. Śpiewanie Adama jest bardzo wzruszające.

Zbigniew Chojnacki: Dociera do źródła. Ma w sobie dużą naturalność.

Artur Pruziński: Na płycie znajduje się 8 utworów oraz improwizacje. Opowiedzcie trochę więcej o improwizacjach. Pracowaliście koncepcyjnie długo nad płytą i w tym kontekście są one dla mnie jakby na drugim biegunie – przynajmniej tak to postrzegam. 

Zbigniew Chojnacki: Z tego, co pamiętam, po nagranym utworze po prostu dalej graliśmy i na szczęście Janek Smoczyński (realizator) nie wyłączył sesji. Potem odsłuchaliśmy, okazało się, że wyszło bardzo naturalnie, spontanicznie.

Anna Gadt w trakcie koncertu

Anna Gadt: Zastanawia mnie to, co mówisz, że to jest drugi biegun. Moim zdaniem nie do końca tak jest, dlatego że proporcjonalnie na tej płycie o wiele więcej jest improwizacji niż materiału planowanego. Każdy z utworów miał punkt wyjścia w postaci zapisu nutowego, ale mnie od jakiegoś czasu fascynują proporcje w granej muzyce – między tym, co zaplanowane, oczywiste, a między przestrzenią dla „tu i teraz”. Mówiąc inaczej improwizacje z płyty mają bardzo naturalny charakter, paradoksalnie sama idea improwizacji właściwie została zaplanowana.

Artur Pruziński: Dlaczego zdecydowaliście się wydać płytę w słowackiej wytwórni?

Anna Gadt: Bardzo polubiłam Jana (Jan Sudzin), dyrektora Hevhetii. Zainspirował mnie też Grzegorz Karnas. Zależało mi, żeby wyjść poza granice Polski. To wydawnictwo specjalizuje się w muzyce jazzowej, klasycznej, krąg, w którym dobrze się czuję. Chodzi również o słuchaczy, żeby trafiać do ludzi, których to rzeczywiście interesuje, a nie do tych, dla których tego typu muzyka będzie jednym z elementów przelatujących gdzieś w tle. Nie oczekuję sal koncertowych czy stadionów na 200 tys. ludzi, bo to nie jest muzyka, która potrzebuje takich warunków… nie wiem też, czy ja bym się potrafiła odnaleźć w takim miejscu, wykreować przestrzeń intymną. Ta muzyka wymaga czegoś innego, co dla mnie osobiście jest dużo cenniejsze.

Zbigniew Chojnacki: Mamy natłok informacji zewsząd, płyty ukazują się non-stop. Skupiamy się na bezpośrednim dotarciu do ludzi, którzy naprawdę chcą słuchać takiej muzyki.

Artur Pruziński: Jak będzie wyglądał proces dystrybucji? Płytę można kupić w Internecie, a sieć stacjonarna?

Anna Gadt: Wydaje mi się, że ona jest dostępna, ale w niedużym zakresie, bo płyt jazzowych nie kupuje się w sklepach. Tam można kupić mainstreamowy jazz w ramach prezentu na urodziny, a jeżeli szukasz czegoś bardzo konkretnego, to raczej robisz to przez Internet.

Zbigniew Chojnacki: Lub po koncercie.

Artur Pruziński: Planujecie trasę koncertową?

Zbigniew Chojnacki: Pracujemy nad tym… 23-go kwietnia zagramy w ramach Jazzstrzebie Festiwal w centrum kultury Pawłowice, a 28-go w ramach Lublin Jazz Festival. Jest kilka pomysłów na kolejne koncerty, na razie jeszcze nie zdradzamy.

Artur Pruziński: Wyjdźmy poza temat płyty. Co was inspiruje w muzyce?

Zbigniew Chojnacki: Ja mam z tym coraz większy problem. Odkąd zauważyłem, że wiem, co chcę robić, jak grać, to inspiruje się innymi rodzajami sztuki, typu teatr, film, sztuki wizualne, staram się je przekładać na muzykę.

Anna Gadt: Grając muzykę improwizowaną czerpiesz ze wszystkiego dookoła… tak jak Zbyszek już powiedział; teatr, literatura, malarstwo, rozmowy z ludźmi, modlitwa, kontemplacja. Czym bardziej otwartą muzykę gram, tym więcej słucham standardów, utworów klasycznych, współczesnych, a także mainstreamowego swinga, którego nie śpiewam na koncertach. To pozwala świeżo spojrzeć na to, co robisz na co dzień, co grasz przed publicznością.

Artur Pruziński: Rok temu poznałem wykształconych muzyków, między innymi twoich studentów Aniu, założyliśmy zespół o nazwie SUOVA i wydajemy lada moment płytę. Do czego zmierzam? – Zapytałem wtedy koleżankę, czy jej to odpowiada, że gra z amatorami. Stwierdziła, że tak… że doświadczeni muzycy nie są w stanie zaangażować się w projekt na 100%, brakuje im konsekwencji i pasji, traktują muzykę jak rzemiosło i zawód – określenie „gram joba” chyba najbardziej oddaje istotę tego, o czym teraz mówię. Wy – jak rozumiem – pracujecie całe życie z muzykami wykształconymi, czy zdarza się wam też grać z amatorami?

Zbigniew Chojnacki: W zasadzie nie ma reguły. Nie ważne, co robisz, czym się zajmujesz, ważne, ile jest w Tobie pasji.

Anna Gadt: Zgadzam się ze Zbyszkiem. To chyba zbyt dużo uproszczenie. To jest tak, jakby przyjść na koncert i powiedzieć: jestem świetnym muzykiem, bo mam na to papier. To bardzo indywidualny temat. Działa jak gilotyna Hume’a – to, ze Polacy np. lubią pić piwo, to nie znaczy, że każdy z nas lubi piwo. To, że ktoś spotkał pięciu muzyków, którzy stracili pasję i myślą tylko o wykonaniu „joba”, szybkim zarobku, to ok – oni też mogą być szczęśliwi. Wchodzimy w sfery ideologiczne – każdy z nas ma swój system. Nie pytam muzyków o instrumenty, na których grają, ani o wiek, bo to są rzeczy drugorzędne. Najważniejsze, czy czegoś się możesz nauczyć, czy ktoś cię inspiruje. Czasami łatwiej się spotkać z kimś kto mieszka setki kilometrów od ciebie niż z sąsiadem.

Artur Pruziński: Opowiedzcie trochę więcej o sobie… zacznijmy od Krzysztofa Gradziuka, którego nie ma dziś z nami. Krzysztof chyba stroni od mediów, mimo że ma niesamowite osiągnięcia, choćby z zespołem RGG.

Anna Gadt: Wspaniałe, że może sobie na to pozwolić. RGG to rzeczywiście jego główny zespół. Współpracuje też z Tomaszem Stańko, z Grzechem Piotrowskim, grywał także z muzykami spoza kraju, m.in.: Andy Shepherd, Verneri Pohjola.

Artur Pruziński: Jest rozchwytywany…

Anna Gadt: Nie wiem, czy rozchwytywany, bo to muzyk, który ma określony język stylistyczny, bardzo charakterystyczny, pewnie nie wszystkim odpowiadający. W każdym razie Krzysztof raczej nie może narzekać na liczbę ciekawych i inspirujących projektów.

Artur Pruziński: Zbyszek, a Ty?

Zbigniew Chojnacki: Ja aktualnie staram się skupić na dwóch zespołach. O pierwszym rozmawiamy, a tym drugim jest backspace, duet który tworzę z Łukaszem Czekałą – muzykę, jaką gramy można najprościej scharakteryzować jako improwizowaną muzykę współczesną.

Zbigniew Chojnacki w trakcie koncertu

Artur Pruziński: Zauważyłem, że prowadzicie też warsztaty.

Zbigniew Chojnacki: Od niedawna. Muzykę elektroniczną i wszystko, co tworzą m.in DJ-je, tak naprawdę można wytłumaczyć w pół godziny i to jest koniec filozofii. Nikt nie prowadzi warsztatów z obszaru improwizacji na maszynach. Komputer w gruncie rzeczy jest bardzo przewidywalny. To wszystko działa na konkretnych schematach. Traktując komputer jako instrument, można go bardzo ciekawie wykorzystać w muzyce – chcemy to pokazywać.

Artur Pruziński: Jak to właściwie wygląda na żywo – zareklamuj (śmiech)

Zbigniew Chojnacki: Nie skupiamy się tylko i wyłącznie na zagadnieniach technicznych, które oczywiście są ważne. Chodzi o to, żeby ludziom uświadomić, że elektronika nie musi być nudna, monotonna, zamknięta czy też niezrozumiała bądź używana tylko do muzyki tanecznej. Traktując elektronikę jako formę wyrazu, przedłużenie akustycznego instrumentu, można ją bardzo ciekawie rozwinąć. Poza tym, mimo że bardzo lubię technologię, to na pierwszym miejscu stawiam człowieka – pokazujemy że można łączyć zdobycze technologiczne z żywymi instrumentami i w tak skonstruowanej całości wzbudzać emocje. Ogromną rolę w tym procesie odgrywa również przestrzeń w której gramy.

Artur Pruziński: Ania, twoje bio jest tak bogate, że właściwie mogę zapytać tylko o to, z czego czujesz się najbardziej dumna i…jak sobie radzisz z dojazdami do Katowic?

Anna Gadt: Mało śpię i mocno się maluję (śmiech). Chyba te ostatnie lata są bardzo wyraziste. Myślałam, że pojawienie się dziecka mocno zniekształci moje życie, tymczasem ustawiło mnie na inne równie ciekawe i intensywne tory. Pojawiają się pomysły ciekawych projektów, Renaissance, kwartet z triem RGG, współpraca z Pawłem Mykietynem, Kwadrofonik, „Nash” z Andrzejem Izdebskim i Miłoszem Wośko. Najbliżej jest mi do muzyki improwizowanej, podejścia synkretycznego, łączącego gatunki, inspiracje sztuką, w ogóle filozofią – stąd choćby Renaissance.

Artur Pruziński: Dziękuję serdecznie za wywiad, trzymam kciuki za ten i kolejne projekty, oby sprawiały wam radość, którą obserwuję teraz, gdy wspólnie rozmawiamy przy kawie. Powodzenia!

Więcej informacji:

strona www Anny Gadt

Zdjęcia: Gosia Frączek, Maciej Moskwa

Artur Pruzinski