Sesaxtian Felisax – magia saksofonu

Sebastian Feliciak

Sebastian Feliciak – znakomity saksofonista, ale i pianista, klarnecista, a także kompozytor i producent. Jednym  słowem – artysta pełną gębą. Funkcjonuje od 2002 roku na scenie muzycznej, jako muzyk sesyjny. Trudno wymienić telewizje, kabarety, muzyków w Polsce czy …teatry, z którymi nie pracował. Sebastian postanowił – nareszcie! – nagrać swoją pierwszą, solową płytę, którą wypuścił pod pseudonimem Sesaxtian Felisax. Z tej okazji, odwiedził mnie w domowej redakcji Ciekawie o Kulturze, aby przeprowadzić – jak sądzę – ciekawą rozmowę i dać się poznać, jako niesamowicie sympatyczny, pozytywnie nastawiony do życia facet. Zachęcam do lektury.

Artur Pruziński: Słuchałem wywiadu, którego udzieliłeś ostatnio panu Bogdanowi Fabiańskiemu w Radiu dla Ciebie. Pan Bogdan pytał, czy chcesz być teraz solistą, pracować na własne konto. Ja mam trochę inne pytanie – dlaczego tak późno? Funkcjonujesz na scenie od 2002 roku…

Sebastian Feliciak: Też sam sobie zadaję to pytanie – dlaczego tak późno? Myślę, że każdy człowiek do pewnych rzeczy dojrzewa. Nabieramy coraz większej świadomości, rozwijamy się. Ludzką rzeczą jest, że jeśli robimy coś bardzo długo, to nawet jeśli mamy do czynienia z czymś niezwykle fajnym, to staje się to mimo wszystko i tak monotonne. Nawet jeśli chodzi o sztukę, twórczość. Natomiast trzeba tego posmakować. Sesaxtian Felisax to taki projekt, który zrobiłem przede wszystkim dla siebie. Postanowiłem spróbować. Wiem, że gdybym tego nie zrobił, to czułbym się niespełniony.

Artur Pruziński: Czyli z jednej strony próba, a z drugiej trochę sprawdzasz, jak ludzie zareagują na tą epkę?

Sebastian Feliciak: Chciałem przede wszystkim pokazać siebie.

Artur Pruziński: A Sesaxtian Felisax to nazwa, którą na stałe chcesz wprowadzić do solowej twórczości, czy jedynie tytuł dla tego konkretnego projektu.

Sebastian Feliciak: Dla tego projektu. Wiem, że jest to trochę kłopot dla ludzi, żeby wymówić tę nazwę poprawnie, nie wiem, czy nie skończy się finalnie na „Felisax” :). Zobaczymy jak się życie potoczy. Tej nazwy, pseudonimu artystycznego chcę używać tylko do takiej stylistyki muzycznej. Natomiast przedstawiam siebie (m.in. na okładce płyty) jako człowieka o wielu twarzach. Następny album będzie bardziej ilustracyjny, wręcz filmowy. Chcę tworzyć chill-out, połączyć baśniowość, emocjonalność z beatem.

Artur Pruziński: A w tych wspomnianych kolejnych projektach chcesz być frontmanem i zarazem multiinstrumentalistą? Wiem, że grasz również znakomicie na pianinie, klarnecie.

Sebastian Feliciak: Jasne. To zależy też trochę od umiejętności. W przypadku muzyki chill-out, gdzie chodzi o przestrzeń, jest dużo produkcji, to tam jestem w stanie zagrać na pianinie wszystko sam. Natomiast przy muzyce filmowej, do której się przymierzam…trochę bardziej jazzowej – tutaj raczej nie mam takiej techniki jako pianista.  Nie zagram tak jak koledzy, którzy przyjdą i zrobią to znakomicie. Nie chcę na pewno robić całej płyty sam. Ludzie wnoszą dużo od siebie plus…przypadek, który jest bardzo cenny w życiu. Na przykład drugi numer na płycie Sesaxtian Felisax o tytule „Show me”, gdzie wspomagała mnie Jagoda Stach. Był tam zamysł konkretnej linii melodycznej i tekstu. Gdy Jagoda się rozśpiewywała u mnie w domu, ja akurat słuchałem tego numeru, analizowałem. W pewnym momencie doszło do mnie, jak Jagoda rozśpiewuje się klasycznie…zaczyna klasycznie śpiewać i normalnie jak grom z jasnego nieba…kurczę, ale to fajne :). Skończyło się na tym, że Jagoda nagrała wręcz operowe wokalizy. Mi się to bardzo skojarzyło z Piątym Elementem (film z 1997 roku w reżyserii Luca Bessona).

Artur Pruziński: A powiedz, czemu tylko 4 utwory? Rozumiem, że epka, ale kazałeś nam na nią czekać ponad 15 lat…

Sebastian Feliciak: Epka, tak – dokładnie z tego powodu. Chodzi o to, żeby pokazać ludziom, co robię. Ja to wszystko w domu nagrywałem, bez większego wsparcia finansowego. Chciałbym wejść do profesjonalnego studia, nagrać więcej, ale do tego potrzebne są środki finansowe. Dlatego najpierw epka, aby zachęcić, dać się poznać.

Artur Pruziński: A nie korci cię, żeby pójść trochę bardziej w stronę jazzu?

Sebastian Feliciak: Myślę, że chyba nie mam takiej potrzeby, żeby pokazywać siebie jako muzyka jazzowego, który gra różne progresje „coltrane’owskie”, skomplikowane zagrywki. Raczej w tę stronę nie chcę iść. Chcę cieszyć się muzyką. Być może w przyszłości uznam, że oto nastał moment, aby zrealizować płytę jazzową. Nie wykluczam. Póki co, mam nadzieję, że przy mojej muzyce ludzie będą mogli się zrelaksować, odpocząć, a może np. kochać się :).

Artur Pruziński: Propos kochać się. Był u mnie ostatnio nasz wspólny znajomy Krzysztof Lenczowski. Opowiadał o utworze „Moja Ewelinka”, która to kompozycja została tak nazwana na cześć jego żony. Jednocześnie dopiekł trochę innym artystom, którzy nazywają utwory dedykowane kobietom w sposób niejednoznaczny, np. „moja dziewczyna”, „Kochana C.” itd. No i proszę, bum – u Ciebie mamy po prostu „She’s my wife”…

Sebastian Feliciak: Hah, to może ja to skomentuję tak jak czuję. Otóż mam takie przekonanie, że za sukcesem każdego faceta stoi kobieta.

Artur Pruziński: Albo różne kobiety.

Sebastian Feliciak: Albo różne kobiety – dokładnie. Za moim sukcesem stoi żona Dominika, która jest wybitną kobietą. Moja żona całe życie mówi mi, że związek trzeba podsycać, żeby był temperamentny, świeży, żeby nie popaść w rutynę. Ja sam wiem, że robiąc coś dla mojej żony, choćby ten utwór, myślę że ona wtedy jest ze mnie dumna, nie żałuje decyzji o byciu ze mną. Wiem wtedy, że ona po prostu czuje, że ma fajnego faceta. Dominika zresztą mnie bardzo mobilizowała przy produkcji płyty, powtarzając ciągle „Sebek, zrób to”.

Artur Pruziński: Sebastian, tym pięknym miłosnym akcentem, dziękuję za rozmowę. Powodzenia!

Artur Pruzinski