Shata QS powraca z płytą Fenix

Shata QS

Shata QS powraca z płytą Fenix. Nie ogląda telewizji, nie słucha radia, ma własny ogródek w którym nie tylko pieli grządki, ale i gra oraz tworzy ze swoim zespołem. Być w zgodzie ze swoją intuicją i blisko natury – te zasady, a właściwie wolność słychać jak na dłoni w jej muzyce. Posłuchajcie, co chce wam przekazać.

Artur Pruziński: Słowiańskie korzenie – o tym m.in. jest płyta Fenix. Jak to się ma do Dolnego Śląska, twojego miejsca zamieszkania? Nie wiem, czy wiesz, ale wielu mieszkańców zachodniego rejonu Polski to potomkowie przesiedleńców ze Wschodu. Być może drzemie w Tobie zatem instynktowna potrzeba łączenia kultur Wschodu i Zachodu. Naciągana teza? 😊

Shata QS:  Na pewno jest to temat, który chcę zgłębić – mam na myśli swoje korzenie. Natomiast tutaj bardziej chodzi o epokę kilkaset jak nie kilka tysięcy lat wstecz. Nawet nie o wiedzę na temat prastarych kultur słowiańskich, a o intuicję, to co ja instynktownie czuję. Moje etniczne zainteresowania wyszły nie tyle z głowy, co narodziły się w trakcie procesów zagłębiania się w siebie.

Artur Pruziński: Masz na koncie ogromne sukcesy, choćby wygraną w Szansie na Sukces czy w Must Be The Music. Czy któryś z nich znaczył więcej dla Ciebie, przyniósł większy splendor bądź stał się takim punktem zwrotnym kariery?

Shata QS: Nie uważam tych wydarzeń za sukcesy. To raczej etapy, droga, którą wykonałam, odpowiedź na pewne potrzeby, które się narodziły.

Artur Pruziński: Mieszkasz teraz na odludziu. Przemawiają do mnie słowiańskie korzenie, ale nie do końca potrafię sobie wyobrazić możliwość robienia kariery, nawet grania koncertów, promowania swojej sztuki. Jesteś mocno odcięta od świata…

Shata QS: Faktycznie nie oglądam telewizji, nie słucham radia. W internecie siedzę tylko tyle, ile wymagają ode mnie potrzeby zespołu czy wydawcy.😊  Ale jakieś wiadomości do mnie docierają, najczęściej takie, które mi się do czegoś przydają. Przy czym zawsze byłam osobą, która posiadała dwie strony osobowości, toczące ze sobą ciągły bój. Z jednej strony miałam potrzebę występowania, brania udziału  w konkursach, grania na festiwalach, ale wewnętrznie gdzieś tam było głębokie poszukiwanie źródła. Wiele podróżowałam i zawsze lepiej czułam się w miejscach dzikich niż w miastach. Powszechnie uważa się, ze aby coś osiągnąć trzeba mieszkać w mieście. A to się zawsze ze mną gryzło. I ja też mieszkałam w mieście, wierzyłam że tak trzeba, że trzeba chodzić do sklepu, żyć w mieszkaniu…

Artur Pruziński: A to nie żyjesz teraz w mieszkaniu? 😊

Shata QS: Żyję w dość dziwny sposób dla niektórych, a dla mnie bardzo naturalny. Jak najbliżej natury, aby wręcz praktycznie zamieszkiwać w niej. To znaczy np. 24 godziny na dobę otwarte okna, niezależnie od temperatury na zewnątrz. W sezonie letnim praktycznie mieszkam w ogrodzie. Prowadzę ogródek, korzystam z lasu, łąki, aby mieć możliwości samemu się wyżywić. Chodzę na boso, zimą morsuję by mieć kontakt z rzeczywistością bo tu o to właśnie chodzi.  Pragnę kontaktu z mateczką najbardziej prawdziwy jaki jest człowiekowi dany.

Artur Pruziński: Chcesz przez to powiedzieć, że jesteś samowystarczalna?

Shata QS: W pełni nie. Mam 5 arów, którymi gospodaruję. Wystarcza mi to, aby w sezonie nie korzystać z supermarketu. Do tego dochodzi wymiana barterowa z lokalnymi gospodarzami. W efekcie od dwóch lat jestem w stanie przeżyć bez sklepów. Aczkolwiek wciąż kupuję pewne rzeczy. Niemniej to są produkty, które powstają niedaleko, np. w zaprzyjaźnionych gospodarstwach ekologicznych. Czasem ściągnę coś z internetu. Taki sposób życia to w moim przypadku również efekt obserwacji i pewnego rodzaju fascynacji czasami, w których żyjemy. Niczego już praktycznie nie produkujemy. Kupujemy nawet kamyczki czy ziemię do ogródka. To absurdalne. Dlatego odseparowałam się częściowo od pieniądza, staram się  produkować rzeczy, które  są mi potrzebne, jeśli jestem w stanie je stworzyć, zamiast je kupować.

Artur Pruziński: Czyli na ZUS nie odkładasz? 😊

Shata QS: Hah, w tej chwili nie. Choć dążę do równowagi, bo wcześniej popadłam ze skrajności w skrajność. Duże koncerty, media, a potem jaskinia, siedzenie w ciszy. Teraz staram się to wyważyć. Trzeba czasem gdzieś wyjechać. Wody do baku nie wleję.  Równowaga jest potrzebna.  Choć rozważam konie.


Artur Pruziński: Porozmawiajmy o płycie Fenix. Historia o przemianach, radzeniu sobie z bólem – tak można przeczytać w informacji prasowej. No więc, słucham – co takiego wydarzyło się w twoim życiu? Chodzi o wspomniane już dążenie do równowagi?

Shata QS: To był szereg zdarzeń na wielu płaszczyznach. Jeździłam po świecie. Zwiedzałam. Napotykałam ludzi o bardzo ciekawych historiach. To dało mi dużo do myślenia, jak wygląda świat i czy w ogóle jest on prawdziwy. Czy nie żyjemy w jakiejś iluzji. Coś co w jednym miejscu było normalne w innym stawało się absurdem. Musiałam się wielokrotnie czegoś oduczać i uczyć na nowo. Nie bez podstawnie mówi się „co kraj to obyczaj” ale moje podróże pokazały mi obyczaje w bardzo skrajny sposób.  Zaczęłam się nad tym zastanawiać, dostrzegać absurdy. Wiesz, wstajemy rano, podążając za pieniądzem do fabryki. Od rana do wieczora. Nie mamy czasu na nic, nie rozwijamy siebie. Służymy ciągle czemuś, gdzie to służenie nie jest w żaden sposób duchowe, a wręcz mija się często z pojęciem – dobre. Bardziej niewolnictwo – bo coś trzeba zdobywać. I tak, podążając za tymi pytaniami i wątpliwościami, zaczęły się wydarzać rzeczy, które mnie tylko utwierdzały w tym przekonaniu, że żyjemy w absurdzie. Plus powrót do Polski po wielu latach, choroba ojca, która mnie tutaj przywiodła. Absurd medycyny konwencjonalnej i jej biznesu. Na chorobach nowotworowych jest to znakomicie pokazane. Ludzie są odseparowywani od prawdy, przez to że brakuje im wiedzy, umierają, chorują, żeby ktoś mógł polecieć na Teneryfę. Płyta Fenix powstała jako taka pochodna tych zdarzeń, przemyśleń natury egzystencjalnej.

Artur Pruziński: Faktem jest, że słuchając płyty Fenix nie czuję żadnego zadęcia, nie czuć spiny w rodzaju mam deadline, muszę zrobić płytę, muszę coś stworzyć.

Shata QS: Album powstawał 3 lata, bardzo naturalnie, nieśpiesznie. Siedziałam w ogródku, przekopywałam grządki, siedziałam i myślałam. Słuchałam swojej intuicji. Na co dzień jesteśmy przesyceni informacją, najczęściej bezużyteczną informacją. Żyjemy w ciągłym strachu, a to powoduje lęki i stres, który prowadzi docelowo do wyniszczenia, śmierci. Chciałam się od tego odseparować. Płyta powstała właśnie w takich nieśpiesznych warunkach.

Artur Pruziński: Co zatem z promocją płyty, koncertami? To wymaga wyjścia do ludzi.

Shata QS: Zobaczymy. Chciałabym pośpiewać, pograć, ale nie wiem też do końca o co chodzi z tą płytą, dlaczego ją stworzyłam. Już są bardzo ciekawe opinie o niej, ludzie się z nią utożsamiają.  Czas pokaże .

Artur Pruziński: A jak ją tworzyliście – w twojej jaskini? 😊

Shata QS: Sporo prób odbyło się w moim ogrodzie, w domu. Maciek Czemplik – gitarzysta, Eddy – perkusista, Bartek Chojnacki – kontrabasista, przyjeżdżali do mnie. Czasem spotykaliśmy się we Wrocławiu.  Przez pierwsze dwa lata sama pracowałam, spisywałam pomysły na płytę. Dopiero  w zeszłym roku połączyłam siły z chłopakami i taką czwórcą już  pracowaliśmy nad finalnymi wersjami utworów Fenix’a aż weszliśmy do studia.

Artur Pruziński: Wyobraź sobie, że możesz wybrać zagraniczną gwiazdę, która do ciebie zadzwoni i zaproponuje współpracę. Kto by to był?

Shata QS: Damian Marley. Lubię jego filozofię, muzykę, twórczość. Czuję jego przekaz. Z przyjemnością bym z nim zaśpiewała.

Artur Pruziński: Dziękuję za rozmowę. Powodzenia!

Artur Pruzinski