So Slow, Arek Lerch i czwarta płyta

So Slow

Arek Lerch, perkusista, dziennikarz i mega ciekawy gość odwiedził nas pierwszy raz przy okazji promocji płyty zespołu Non Violent Communication (tutaj wywiad). Nie minęło pół roku, a spotykamy się ponownie aby porozmawiać o czwartym albumie innego z jego zespołów – tego bardziej znanego, czyli So Slow. Płyta o nazwie „W otwarte dłonie powietrze sypie gruz przedświtu” ma zróżnicowane recenzje, od zachwytów po skrajną krytykę. Arek tłumaczy, dlatego nie zamierza się z tego tytułu tłumaczyć 🙂 

Artur Pruziński: Czwarta płyta So Slow, inna niż poprzednie, bardzo niepokojąca, aż ciarki przechodzą po plecach…

Arek Lerch: Dzięki. Chyba o to chodziło. W zasadzie słowo „inna” to klucz do naszej twórczości a jednocześnie przekleństwo, bo tak po prawdzie za każdym razem zaczynamy od nowa. Stwarzanie siebie na nowo i ciągłe poczucie umierania po każdej płycie to coś, co nas definiuje. W zasadzie po każdej płycie pojawiało się u nas pytanie – czy to ma sens? Co teraz musimy zrobić?

Zadebiutowaliśmy czymś w rodzaju post noise, z dużym nawiązaniem do chociażby alternatywnych klimatów Dischordu. W zasadzie mogliśmy nagrać kolejną, podobną płytę, ale nie, zaczęło się szukanie i rozwalanie zbudowanego zamku, stwarzanie się od początku. I tak jest do dzisiaj. W przypadku „W otwarte…” postawiliśmy na klimat i lekkie wycofanie. Wydaje mi się, że intensywność „3T” sprowokowała taki stan. W 2018 zrobiliśmy także materiał, który wydawał się nam zbyt radykalny, dlatego trafił do szuflady. Dopiero w drugiej połowie minionego roku zaczęły nam kiełkować nowe idee. Zrezygnowaliśmy z przesterów, z mocniejszych brzmień, co nam się spodobało, ale jednocześnie pojawiły się głosy, że to muzyka trochę bez celu, czy bez „kropki nad i”. Nie wiem, co o tym myśleć. Czasami mam wrażenie, że są pewne zespoły, które coś „mogą”, z kolei inne nie mają legitymacji do grania takiej właśnie muzyki. Trochę przemawia przeze mnie rozgoryczenie, ale tak się czuję. Może za dużo jest tego niepokoju, bo przecież jesteśmy wszyscy przemęczeni i szukamy raczej rozrywki a nie muzyki, która obciąża psychicznie słuchacza i zmusza go do jakiegoś tam wysiłku? Z jednej strony cieszę się, że to my, że robimy coś absolutnie swojego, ale jednocześnie nie wiem, czy nie jest to zwyczajna walka z wiatrakami. Alternatywny donkiszotyzm… Czyżby udało mi się stworzyć nową szufladkę (śmiech)?

Artur Pruziński: O co chodzi z tytułem „W otwarte dłonie powietrze sypie gruz przedświtu” ? Brzmi, jak jakaś legenda albo metalowe wydawnictwo a’la zespół  KAT.

Arek Lerch: KAT, ha ha… Powiedziałbym raczej, że to tytuł zapomnianej płyty Comy (śmiech…). Może jest pretensjonalny, może za długi. Historia jest taka, że to Michał (wokalista/elektronik) wpadł na ten pomysł i udało mu się go przeforsować. Taki mu kalambur wyszedł, że tytuły poszczególnych utworów łączą się w tytułowe zdanie. Na początku byłem przeciwny bo ten tytuł automatycznie narzucał kolejność utworów, ale ostatecznie przekonałem się i jest dobrze. Zdaję sobie sprawę, że niektórych to będzie śmieszyć, ale to po prostu nasz pomysł. Możesz sobie dorobić do tego teorię, że to koncept album, ale to po prostu gra słów i tyle. Może odrobinę za długi, ale w przyjemny sposób pokrętny. Poza tym, jest nasze i nie mam zamiaru się z tego tłumaczyć (śmiech). Bez głębszej filozofii.

Artur Pruziński: „To nie jest jazz, to nie jest awangarda. To So Slow” – to jedna z opinii waszych fanów na fanpage zespołu. Jak oni przyjęli czwarty krążek? Recenzje są bowiem zróżnicowane.

Arek Lerch: Jazzu nie gramy, bo jak już nam ktoś zarzucił, grać takiej muzyki nie umiemy. Awangardy też nie. Nieokreśloność tej muzyki nie przysparza nam fanów, w sumie nie wiem, czy w ogóle mamy jakichś fanów. Fan kojarzy mi się z kimś maniakalnie oddanym zespołowi, kto jeździ za zespołem i trzyma jego zdjęcia wklejone w zeszycie (śmiech). Tak, jestem staroświecki, bo dzisiaj nikt już chyba tak nie robi, jednak nie wyobrażam sobie fana So Slow. To musiałby być ktoś nieźle popierdolony. Są przypadkowi ludzie i kilku koneserów alternatywy. Zresztą, dzisiaj „fan” to po prostu follwers, który lajkuje fejsa, czyli jest takim wirtualnym przyjacielem zespołu. A jak to się przekłada na tzw. realne (łażenie na koncerty, kupowanie płyt itp. itd…) poparcie, każdy kto bawił się w ten biznes, dobrze wie…

Wspomniane przez ciebie zróżnicowanie recenzji z jednej strony cieszy, z drugiej nie. Cieszy, bo chyba lepiej, że muzyka wywołuje skrajne – czyli „jakieś” – reakcje, niż gdyby miała pozostawiać słuchacza czy dziennikarza obojętnymi. Fakt, że ta płyta wywołuje kontrowersje czy też konsternację mnie cieszy. Z drugiej strony – stajemy się jeszcze bardziej „nieokreśleni” a to przekłada się na znikomy ruch komercyjny. Nie ma zbyt dużej ilości koncertów, w zasadzie zastanawiam się ostatnio nad celowością tego naszego rzeźbienia. Długie tworzenie muzyki, płacenie za studio nagraniowe, potem parę koncertów i cisza, która rodzi frustrację. Nie możemy postawić wszystkiego na jedną kartę, bo każdy ma życie rodzinno/zawodowe, więc pozostaje, no właśnie – frustracja. Doszedłem ostatnio do wniosku, że cieszy mnie chyba tylko samo granie na sali prób, reszta mogłaby nie istnieć. Może ta płyta będzie ostatnią wydaną w tradycyjny sposób? Kto wie…

Artur Pruziński: No właśnie. Podobno So Slow zmierza do finału poszukiwań. Czy będzie nim zatem kolejna, piąta płyta?

Arek Lerch: Zawsze zmierzamy i nigdy go nie osiągniemy (śmiech) Nie wiem, jaka będzie piąta płyta i czy będzie. Ta niewiedza powoduje, że zawsze mamy coś nowego do powiedzenia. Jeśli coś mnie ogranicza, czy paraliżuje to właśnie wspomniane poczucie, że tworzymy muzykę dla nikogo, niepotrzebną itp. Nie wiem co się wydarzy, jak już wspomniałem, coraz bardziej nie widzę sensu w takim tradycyjnym wypruwaniu sobie żył dla nikogo. W tym miejscu muszę jednak BARDZO podziękować naszemu wydawcy – Audio Cave – że w nas uwierzył, że spodobała mu się muzyka do tego stopnia, że wydał i kompakt i świetny winyl. Choć pewnie zdaje sobie sprawę, że stu koncertów w roku nie zagramy… Cieszy mnie, że ciągle się komuś chce wydawać plastikowe nośniki, bo sam jestem maniakiem fizycznych śladów jakie zostawiają zespoły na tym świecie. Jest tu pewna schizofrenia, bo coraz częściej zaczynam myśleć o tym, żeby następne rzeczy wydawać tylko via bandcamp, a ew. fizyczne nośniki robić na zamówienie, jak będą chętni. Być może za miesiąc zmienię zdanie, ale obawiam się, że moje podejście mocno się zradykalizowało. Bo po co się wysilać, skoro i tak jest to tzw. para w gwizdek? Z szacunku dla tej grupki oddanych ludzi, którzy nas z jakiegoś powodu lubią będzie coś fizycznego, ale tylko jako jakiś limit. Dzisiaj, kiedy masz BC, FB itp. można samemu w jakimś niewielkim, wystarczającym zakresie zrobić sobie tzw. promocję. Ale i tak najważniejsze jest to, że nic nie wiadomo (śmiech).

Artur Pruziński: Arek, korzystając z okazji, że wypowiadasz się w imieniu zespołu, powiedz proszę, za co kochasz swoich kumpli z kapeli, co w nich uwielbiasz?

Arek Lerch: Nie wiem czy to jest miłość (śmiech). Na pewno znamy się jak łyse konie. Z Zibem (Daniel – gitara) i Kudłatym (Adam – bas) znamy się jeszcze z czasów wspólnego grania w Sunrise (okolice 2003-2005). Zagraliśmy wtedy masę koncertów w całej Europie, to był dobry czas. Potem straciliśmy się z oczu. Z Zibem spotkałem się w 2013, kiedy zaproszono mnie do So Slow. Adam dołączył do nas w ubiegłym roku (choć wcześniej mieliśmy kontakt, bo graliśmy na sali prób, którą prowadzi – Silent Scream), kiedy ówczesny basista Łukasz wyprowadził się do Krakowa. Co uwielbiam? To , że im się chce ciągnąć ten niełatwy wózek. Że znoszą moje humory, czasami histeryczne zachowania, stwarzanie ciągłego ciśnienia i chaos. No i za to, że są dobrymi i kreatywnymi muzykantami (śmiech). Mam nadzieję, że sobie jeszcze razem pogramy.

Artur Pruziński: A teraz powiedz, co cię w nich wkurza? 🙂 

Arek Lerch: Wiesz co – nie wiem, czy to dobre miejsce żeby o czymś takim mówić… Może jedynie to, że czasami kwestionują moje pomysły i chęć ciągłego eksperymentu, ale to równie dobrze mógłbym poczytać za pozytyw, bo dzięki temu jest równowaga i paru głupot dzięki ich trzeźwości nie zrobiliśmy (śmiech).

Artur Pruziński: Dziękuję za ciekawą rozmowę. Wytrwałości Arek! 

zdjęcie w artykule: Janek Fronczak Photography

Artur Pruzinski