Tabu i „Sambal” – wywiad z Rafałem Karwotem

sambal

Można powiedzieć, dla niego dzień jak co dzień. Rafał Karwot, frontman jasno świecącej gwiazdy polskiej sceny reggae – zespołu Tabu, w trasie. Tym razem jednak nie koncertował, a przyjechał do Warszawy na rozmowy z dziennikarzami, odwiedził także domową redakcję Ciekawie o Kulturze. Pretekstem była premiera płyty „Sambal” i… na jej temat też zamieniliśmy słowo. Zanim jednak o piątym albumie grupy Tabu, zacznijmy od paru innych równie ciekawych historii.

Artur Pruziński: Policzyłem, że przez 15 lat działalności zespołu Tabu gracie średnio 67 koncertów na rok. To chyba dużo?

Rafał Karwot: To jest bardzo dużo, biorąc pod uwagę fakt, że zespół tworzy dziesięć osób i wszyscy pracują na etatach bądź pokrewnych formach.

Artur Pruziński: Serio mówisz? Przy takim trybie koncertowania to musi być trudne do pogodzenia.

Rafał Karwot: Jest. Nie ma opcji, żeby poświęcić się na 100% muzyce, żeby z tego żyć, utrzymać rodzinę, płacić kredyty. Ja oprócz tego, że gram, prowadzę agencję artystyczną i dlatego sobie jakoś radzę. Poza tym piszę u nas teksty, więc mam większy ZAIKS, przez co mogę sobie pozwolić na to, aby się troszeczkę „poobijać” w tygodniu. Chłopaki natomiast wracają w niedzielę do domu i w poniedziałek do roboty, podziwiam ich.

Artur Pruziński: Kiedy w takim razie macie czas na próby?

Rafał Karwot: Robimy przerwy w koncertach. Albo robimy materiał albo gramy koncerty. Mieszkamy wszyscy w promieniu dwudziestu kilometrów także jak mamy luz koncertowy to robimy kilka prób w tygodniu.

Artur Pruziński: Wspomniałeś o szerokim składzie Tabu. Dziewięciu muzyków plus inżynier dźwięku. Czy ty jesteś osobą, która trzyma cały zespół w ryzach, czuwa nad tą całą ferajną?

Rafał Karwot: Jestem takim szefem ale na takich samych prawach jak każdy w zespole. Działamy raczej demokratycznie, zdecydowanie daleko nam do dyktatury szefa. Staram się nadawać kierunki zespołowi, przekonywać do pomysłów. Póki co to się udaje, chłopaki mi ufają, tak myślę J. Jesteśmy dorosłymi ludźmi i chcemy tego samego dla Tabu.

Artur Pruziński: Propos koncertów. Słyszałem opinie, że jesteście fajnymi ziomkami i nie gwiazdorzycie. Można z wami po koncercie porozmawiać, napić się piwa 😊  

Rafał Karwot: Wydaje mi się że nie gwiazdorzymy J . My też nie jedziemy tylko do roboty, a bardziej na imprezę. To zaleta, ale czasem i wada. Nie potrafimy po koncercie spokojnie pojechać do hotelu, tylko zostajemy z ludźmi i się „integrujemy”. Potem jak wracamy w dane miejsce, to wiemy, że będzie grubo 😊

Artur Pruziński: Trochę zatem szkoda tej osoby, która musi prowadzić busa po koncercie.

Rafał Karwot: Prowadzimy dziennik, punktację. Wtedy wiesz, że jak nie ma chętnego na jazdę, a masz najmniej punktów, to musisz prowadzić i się oszczędzać na imprezie. Ciężkie sytuacje, ale jakoś to przechodzimy 😊

Artur Pruziński: Rafał, jak oceniasz kondycję polskiego reggae?

Rafał Karwot: No z tym reggae w Polsce nie jest najlepiej ostatnio a to głównie przez brak nowych twarzy na scenie, ubolewam nad tym i liczę że w końcu to ruszy. Trzymam kciuki żeby ta sytuacja się zmieniła.

Artur Pruziński: Są przecież festiwale, organizowane również przez Ciebie czy choćby Wojtka Wojdę z Farben Lehre. Tam nie pojawiają się młode zespoły?

Rafał Karwot: Nie słyszałem żeby Wojtek robił reggaeowy festiwal? Pojawiają się, ale nie na takim poziomie, który mógłby nas zauroczyć. Z całym szacunkiem do tych kapel, ale to gdzieś stanęło w pewnym momencie. Być może moda się zmieniła. Inna sprawa, to startowanie z zespołem w obecnych czasach. Ja się cieszę, że Tabu pojawiło się piętnaście lat temu. Mogłem wtedy przez prawie siedem lat dokładać do tego interesu, nie miałem rodziny, można było jeździć z zespołem i się bawić. Takie były początki. Jeździliśmy koncert za koncertem, ale dokładaliśmy z własnych kieszeni. A weź teraz powiedz młodemu człowiekowi, żeby się nie zrażał, bo przez kilka lat, zanim zbuduję markę, to musi liczyć na wsparcie finansowe z innego źródła. Rozmawiałem ostatnio z jednym chłopakiem z młodej kapeli. Powiedział, że nie będą już grali reggae, bo reggae się nie sprzedaje.

Artur Pruziński: Nic się nie sprzedaje. Rynek muzyczny się zmienił. „Nie kupuje” się już raczej muzyki.

Rafał Karwot: Trzeba na to zapracować. Pamiętam, jak dostaliśmy dopiero po trzech latach grania parę stówek. Zadzwoniła pani z urzędu i zapytała, czy byśmy zagrali koncert na pożegnaniu lata. Myślę, że spoko, fajnie. Spytała, a ile byście chcieli kasy. Mówię, że nie wiem, nie myśleliśmy o tym. A ona, że mają pięćset złotych. To ja zadzwoniłem uradowany do wszystkich chłopaków, że załatwiłem koncert za kasę. Wszyscy się bardzo ucieszyliśmy 😊 A teraz myślenie młodych zespołów jest takie, że zagraliśmy trzy próby, to możemy już zagrać koncert za pieniądze. My jeździliśmy na pierwsze występy z własnym nagłośnieniem, z przyczepką. Dzwoniłem do klubów, mówiłem że przyjeżdża zespół reggae’owy do klubu, mamy własne nagłośnienie i dj-a, a was nic to nie kosztuje, my tylko bierzemy za wejście po pięć złotych i robimy imprezę do białego rana. Właściciela knajpy od razu tym kupowaliśmy. To nas też zbudowało mentalnie, nie załamuje nas sytuacja że czasami  bilans finansowy nie jest taki jaki byśmy sobie życzyli.

Artur Pruziński: Zdarzało się wam przy tych pierwszych koncertach, że nikt nie przyszedł, albo kilka osób? Graliście wtedy?

Rafał Karwot: Pewnie. Jak nikt nie przyszedł, to nie graliśmy, a jak przyszło kilka osób, to występowaliśmy dla nich. Dwa lata temu mieliśmy koncert w Nowym Sączu. Przyszło pięć osób. Zagraliśmy jeden numer. Powiedziałem, że robimy przerwę i zapraszamy do baru. Napiliśmy się, zakumplowaliśmy i zagraliśmy dwugodzinny koncert dla tych osób. Do rana siedzieliśmy w klubie i bawiliśmy się świetnie.

Artur Pruziński: Kilka dni temu miała miejsce premiera płyty Sambal. Wspaniali goście dołożyli cegiełkę do utworów z tego albumu, Kamil Bednarek, Lena Romul, Kuba Kawalec czy Junior Stress. Czy to wasza najlepsza płyta?

Rafał Karwot: Patrzę na tę płytę trochę inaczej, ponieważ tekstowo i brzmieniowo jest mi ona bliższa niż poprzednie. Także moim zdaniem to nasz najlepszy album. Słucham jej w domu i w samochodzie, co mi się wcześniej nie zdarzało. Przy poprzednich produkcjach zawsze coś mi przeszkadzało, a teraz Sambal od deski do deski leci i podoba się mnie, żonie, moim dzieciom.

Artur Pruziński: A nazwa płyty?

Rafał Karwot: Sambal, czyli ostro-kwaśny sos chilli ze słodką „nutą”, która dopełnia jego wybuchowy charakter. To odzwierciedla nasze granie, muzykę. Wiesz, mamy taką knajpę chińską w Częstochowie, do której zawsze zajeżdżamy wracając tamtędy z trasy. Zamawiamy sobie zupę i dorzucamy sambal, żeby się pobudzić 😊 Muzyka którą gramy jest tą zupa, a na ostatniej płycie dodaliśmy do niej trochę tego sosu.

Artur Pruzinski