Technoranek – jedyna taka impreza śniadaniowa w Polsce

Technoranek

Technoranek to śniadanie i zabawa techno w jednym. Na początku była warszawska domówka, potem imprezą zainteresowały się media, wtargnęła niczym tornado do miejskiej przestrzeni. Chcą ją kopiować inne miasta. Niedawno minęły 2 lata od pierwszego Technoranku. Z tej okazji rozmawiamy z Mileną Soporowską i Krystyną Kaleniewicz, twórcami tego niesamowitego projektu.

Artur Pruziński: Dla tych, co pierwszy raz słyszą hasło „Technoranek” – jakbyście w kilku zdaniach miały streścić ideę…

Milena Soporowska: Jak sama nazwa wskazuje to połączenie “techno” i “poranka”. A co się za tym połączeniem kryje? Choć wielu przed oczami stają iście dantejskie sceny z afterów, to nasze imprezy są ich kompletnym zaprzeczeniem – i tym pierwszym skojarzeniem zgrabnie gramy. Przede wszystkim nasze eventy różni cel.  

Krystyna Kaleniewicz: Technoranek to całkowite przemeblowanie idei imprezy. Zaczyna się wtedy, gdy inne imprezy się kończą. Od 7 do 10 rano, w dodatku w środku tygodnia, zanim rozpocznie się gonitwa dnia powszedniego, można zrobić coś fajnego i niestandardowego. Potańczyć, zjeść pożywne śniadanie, wypić kawę, pogadać z ludźmi. Przeważnie na trzeźwo, bo czekają obowiązki.

Artur Pruziński: Technoranek ma już ponad 2 lata. Na początku miał charakter domówki, z czasem przeniósł się do miejskich przestrzeni, a jego popularność i liczebność bardziej kojarzy się już z cyklicznym festiwalem niż eventem. Co dalej?

Milena Soporowska: Planów konkretnych jest wiele i część z nich udaje nam się powoli realizować. Jak pokazały nasze ostatnie edycje, nie rezygnujemy jednak z przestrzeni domowych, przeplatając je z bardziej “oficjalnymi” miejscówkami, które pozwalają na zgromadzenie większej liczby osób. Przede wszystkim Technoranek zmierza w stronę coraz większej profesjonalizacji, co brzmi może sztywno, ale chodzi po prostu o jeszcze lepszą organizację naszych działań. Są rzeczy, które wymagają dodatkowych głów do pracy – dlatego wezwałyśmy posiłki (śmiech).

Krystyna Kaleniewicz: Z domówkami jest problem ze względu na sąsiadów – pokazała to ostatnia impreza mieszkaniowa na Chmielnej. A jeśli chodzi o plany… marzy nam się gwiazda. Dlatego m.in planujemy akcję crowdfundingową. Dołączyła też do naszego zespołu trzecia dziewczyna. Mamy nadzieję, że pchnie z nami Technoranek we właściwym kierunku.

Technoranek MOMU

Artur Pruziński: Będą kolejne miasta?

Milena Soporowska: Zapotrzebowanie jest. Chęci są.

Krystyna Kaleniewicz: Ale jednak wymaga to czasu. Dlatego musimy poczekać do jesieni.

Artur Pruziński: Technoranek to impreza, na której nie zarabiacie. Uważam, że powinniście podnieść cenę za wstęp, bo to jest projekt, który kosztuje Was sporo energii, a robicie ludziom naprawdę niezłą frajdę. Artyści, „Kaowcy” są moim zdaniem niedoceniani, powinno się wyceniać ich pracę również komercyjnie – co o tym sądzicie?

Milena Soporowska: Wśród ludzi panuje rodzaj schizofrenii – z jednej strony mówi się, że osoby działające w kulturze, szczególnie jeśli chodzi o tego typu niestandardowe inicjatywy, powinny być bardziej doceniane (również finansowo), z drugiej mają nie mieszać się do mgliście pojmowanej “komercji” (czyt. mają na tym, co robią, nie zarabiać albo wiecznie wychodzić na 0). A ludzie zapominają, że pieniądze równają się czas i energia włożona w przygotowanie każdego następnego eventu.

Krystyna Kaleniewicz: Technoranek to trudny chleb. Trzygodzinna impreza bez alkoholu za to z gastronomią, w miejscu nie dysponującym własnym sprzętem nagłośnieniowym czy setupem dj-skim to skomplikowany event. Pamiętać trzeba przy tym, że wspaniałą większość naszych odbiorców stanowią studenci, którzy kombinują raczej jak by tu wejść za darmo, a tu jeszcze trzeba kupić śniadanie (śmiech). Prawdopodobnie dlatego będziemy podążać w kierunku fundacji, poszukiwania wsparcia w innych sposobach finansowania. Myślimy, że może się to udać, biorąc pod uwagę naszą kulturotwórczą rolę oraz background.

Artur Pruziński: Przejdźmy do części kulinarnej. Co można skonsumować na Technoranku, hipsterskie panna cotty, vegańskie kanapki czy może staropolską jajecznicę?

Milena Soporowska: Na pierwszych imprezach mieliśmy paluszki, hummus i koktajle owocowe własnej roboty. Potem nasze menu znacznie się rozrosło. Dziś na Technoranku zajadać można się różnymi specjałami.

Krystyna Kaleniewicz: I to, i to… Zależy w dużej mierze od oferty lokalu, aczkolwiek zawsze staramy się, by śniadania były po pierwsze pożywne, po drugie w przystępnej cenie, po trzecie zarówno w opcji wegańskiej jak i tej dla mięsożerców. Mamy duży dystans zarówno do poczciwej kiełby jak i hipsterskiej panna cotty. Podoba nam się różnorodność, przy czym same występujemy w roli testerów. O 7 rano, gdy już usiądziemy na bramce, nasze burczące brzuchy są tymi, które najbardziej domagają się napełnienia, a rano zawsze jest dylemat, który to sobie wybrać zestaw.

Śniadanie na Technoranku

Artur Pruziński: Na sam koniec, a gdyby was ktoś chciał zmałpować – np. jazzoranki, rockoranki, swingoranki – co byście mu doradziły?

Milena Soporowska: “Małpowanie” kojarzy mi się z pustym powtarzaniem pewnych sprawdzonych mechanizmów, ale w kwestii eventów (i nie tylko rzecz jasna!) trzeba jeszcze “tego czegoś”, co się zwie zapałem. A tego już się wyuczyć nie da.

Krystyna Kaleniewicz: Sprzedałybyśmy know-how za gruby hajs, żeby wspierać Technoranek (śmiech). A tak serio wydaje nam się, że nasze pomysły wynikają z naszych osobowości oraz tego, że naprawdę robimy to szczerze, dlatego nie tyle porady, co oryginalny pomysł jest tutaj kluczowy.

Artur Pruziński: Dziękuję za wywiad i do zobaczenia na najbliższym Technoranku!

Fotografie wykorzystane w publikacji: Mateusz Grzelak

Artur Pruzinski