The Crew – czyli orkiestra demokratyczna, bez dyrygenta

Orkiestra Demokratyczna

Rozmawiam z Alicją Stupnicką-Kowalczyk, założycielką pierwszej polskiej orkiestry funkcjonującej na zasadach demokratycznych, bez dyrygenta. Ten oryginalny projekt nosi nazwę „The Crew” i już od trzech lat wzbudza bardzo pozytywne emocje zarówno wśród słuchaczy jak i samych muzyków „demokratów”.

Artur Pruziński: Alicja, w roku 2013 z Twojej inicjatywy powstała pierwsza w Polsce orkiestra bez dyrygenta – The Crew. Skąd ten pomysł?

Alicja Stupnicka-Kowalczyk: Pomysł założenia orkiestry towarzyszył mi przez całe studia. Choć w zasadzie nigdy nie brałam pod uwagę, że to właśnie ja mogę założyć orkiestrę. Wiedziałam tylko, że jeśli mam pracować w zawodzie, to orkiestra kameralna jest miejscem, w którym chcę się realizować. W tamtej chwili nie było takiego zespołu, w którym chciałam znaleźć swoje miejsce. Moje właściwe miejsce. I tak o to, po jednym z projektów orkiestrowych, podjęłam próbę założenia własnej orkiestry. Skłoniła mnie do tego osoba, która miała i dalej ma na mnie ogromny wpływ – Jakub Jakowicz, niezwykły skrzypek, a mój pedagog wówczas. Opowiedział mi historię o orkiestrze A Far Cry z Bostonu, zespole pracującym bez dyrygenta i na zasadach demokracji. Na zakończenie rzucił – Alicja, powinnaś założyć taką orkiestrę. No i już. To było jak zapalnik. Tylko taki orkiestrowy. Potem tylko kilka miesięcy wahań, prób, poszukiwań, wątpliwości i recepta na orkiestrę bez dyrygenta gotowa.

Artur Pruziński: Na czym w praktyce polega demokratyczny model pracy w orkiestrze?

Alicja Stupnicka-Kowalczyk: W teorii miało być tak, że każdy ma głos i wpływ na wykonanie utworu, na wspólną wizję. W praktyce – każdy ma głos, ale niektórzy go nie zabierają wcale, bo zwyczajnie się wstydzą i nie leży to w ich naturze. Tu przydaje sie koncertmistrz, który w pewnym momencie kończy dyskusje, ustala ostateczną wersję i przechodzimy do grania. Zdarzały się trzygodzinne próby, podczas których grania było 30 min…reszta to wymiana zdań. Ale teraz staramy się pilnować.

Na pewno wyróżnia nas to, ze każdy może wyrazić swój pomysł. Ponadto, staramy się wymieniać miejscami, żeby uniknąć sytuacji, która ma miejsce w wielu orkiestrach, że jak już usiądziesz w jednym pulpicie, to ruszasz sie z niego… albo jak kogoś wyrzucą, albo zachoruje. W typowej orkiestrze pełnisz dożywotnio funkcję skrzypka w piątym pulpicie. A u nas – raz pierwsze, raz drugie, raz pierwszy, raz trzeci pulpit, no i stoisz obok różnych osób, wtedy można więcej u siebie podejrzeć, czegoś sie nauczyć, dostrzec elementy wymagające poprawienia. Marzyła mi się orkiestra, w której się uczysz i rozwijasz, ale nie sądziłam, że to może być takie fajne. I że stworzą ją tacy niesamowici ludzie. Bo oni naprawdę są niezwykli. Serio. W życiu nie sądziłam, że atmosfera w pracy może być taka…no zdrowa i czadowa.

Artur Pruziński: A czy łatwo się pracuje w takim modelu? Gdybyś zrobiła zestawienie plusów i minusów „autorytarnej” władzy dyrygenta vs. „każdy ma prawo głosu”…

Alicja Stupnicka-Kowalczyk: No właśnie to jest to o czym wspomniałam. Na samym początku orkiestra miała charakter totalnie demokratyczny, przez co po paru próbach kilka osob podeszło do mnie i poprosiło o podejmowanie decyzji. Czyli niezbędny był jednak szef. I to wówczas miałam być ja, w końcu założyłam ten zespół. Orkiestra już działała, miała termin koncertu, więc trzeba było reagować, zacisnąć zeby i poprowadzić. Myślę, że to ciągle nie jest dopracowany system. Ale z grubsza działa. To model w ciągłej fazie kształtowania i chyba dobrze, bo dopóki sie zmienia, dopóty widać, że nam zależy. A co do pracy z dyrygentem – jesli zdarza się dyrygent z prawdziwego zdarzenia, to marzysz, będąc na widowni, żeby znaleźć się w ostatnim choćby pulpicie altówek, żeby tylko dać mu się poprowadzić. Taka osoba wyzwala pokłady możliwości, porusza w Tobie emocje i techniki gry, o których posiadaniu nawet nie śniłeś. Ale mi się taki dyrygent przydarzył dwa razy w życiu. Co do minusów władzy dyrygenta- dla mnie głównym jest fakt, że muzycy przestają słuchać i reagować na siebie nawzajem. Jak wchodzę na jakiś projekt do zwykłej orkiestry, po próbach z The CREW, to nie mogę uwierzyć, ile rzeczy pozostaje niezauważonych. Często nie ma w ogóle oddziaływania na siebie, czasu w muzyce. Jest za to całkiem spora dawka pretensji do dyrygenta i siebie nawzajem. Przestajemy się starać, bo to inni odpowiadają w większym stopniu za wykonanie dzieła, przynajmniej tak nam się wydaje. Ktoś jest bardziej słyszalny, więc ja mogę grać na „pół gwizdka”. A u nas po koncertach ludzie podchodzą i mówią – jak Wy się niesamowicie słuchacie – i to właśnie tworzy klimat.

Artur Pruziński: Widziałem nagranie z bardzo efektownej współpracy ze Steve Nash & Turntable Orchestra. Zdecydowanie łamiecie schematy. Jak bardzo jesteście otwarci na nietypowe, mniej klasyczne granie?

Alicja Stupnicka-Kowalczyk: Praca z Dj-ami to była mega radość. Totalny odjazd. Ale niestety projekt zginął gdzieś w muzycznej dżungli i musi teraz ewoluować, żeby ktoś tam na niego trafił. Trudno jest wybić się z czymś w muzyce klasycznej. Trudno czymś zaskoczyć. Z tymi schematami, to chyba byśmy je chcieli jeszcze bardziej łamać, ale często na przeszkodzie staje organizacja. Mam tu na myśli problemy bardzo przyziemne, jak np. finanse, dyrekcja miejsca, w którym chcielibyśmy zagrać, dostępność nut, których wypożyczanie jest turbo drogie w naszym kraju. Ciężko mi odpowiedzieć, jak bardzo jesteśmy otwarci na nietypowe granie, bo podejrzewam, że każdy może mieć jego inną definicję. The CREW na pewno jest orkiestrą wykonującą muzykę tzw. klasyczną. Ale to, z czym ją można połączyć, to już zupełnie inna bajka. Klasyka nie musi być nudna, jeśli podasz ją komuś w zaskakującym miejscu, formie, czasie. I co u nas jest zauważalne i doceniane, jeśli sam będziesz się z tego sposobu cieszył.

Artur Pruziński: Poza tym, że macie otwarte głowy, skład orkiestry jest stosunkowo kameralny. Biorąc pod uwagę jedno i drugie, gdyby ktoś zaproponował The Crew koncert np. na bulwarach wiślanych, na plaży albo… na Giewoncie, zagralibyście?

Alicja Stupnicka-Kowalczyk: I to z pocałowaniem ręki. Nie wiem, czy byśmy się na Giewoncie pomieścili, bo ostatnio bywało tam tłoczno, ale czemu nie. Jesteśmy kompaktowi. Brak dyrygenta, to oszczędność miejsca, czasu, bo na jego wyjście zawsze trzeba dodatkowo czekać, no i finansów. Chciałabym powiedzieć, że możemy zagrać wszędzie, ale nie mogę. Zawsze dochodzi kwestia bezpieczeństwa instrumentów, warunków atmosferycznych, czyli gdyby na Giewoncie padało, organizator musiałby nam zapewnić dach nad głową, a raczej nad instrumentami. W związku z tym, że skład jest kameralny i większosc muzyków stoi w czasie grania, moglibyśmy się zmieścić nawet na 20m. Pozostaje też kwestia nagłośnienia, na bulwarach wiślanych mogłoby się przydać. Granie na swieżym powietrzu jest trudniejsze, ponieważ akustyka zupełnie nie pomaga. My mówimy, że jest wtedy „sucho”. Obawiam się, że na bulwarach wiślanych byłoby właśnie „sucho” i dźwięk niekoniecznie dotarłby do większości odbiorców, więc dobry dźwiękowiec ze sprzętem mógłby pomóc. W sumie grać można prawie wszędzie, byle było komu słuchać, to dodaje skrzydeł.

Artur Pruziński: Plany na najbliższy rok?

Alicja Stupnicka-Kowalczyk: Póki co startujemy „Wehikułem czasu”, taki tytuł nosi koncert w Filharmonii Narodowej, który tam zagramy w marcu 2017. Ciągle wierzę, że uda mi się w owym roku znaleźć wsparcie na wymarzony projekt łączący The CREW z tańcem na scenie i wtedy plany same by się poustawiały.

Artur Pruziński: Dziękuję za wywiad. Powodzenia!

Alicja Stupnicka-Kowalczyk: Dziekuję również! I do zobaczenia na koncertach!

 

Alicja Stupnicka-KowalczykAlicja Stupnicka-Kowalczyk (1986) ukończyla Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina z oceną celującą w kl. S.Tomasika i as. J. Jakowicza w 2010 roku. Od tej pory dzieli czas na męża, trzech synów i skrzypce. Uczyła się u prof. M. Szczepanowskiej, st. wykł. J. Jakimowicz-Jakowicz, prof. K. Jakowicza. Miała do czynienia z prof. Eszter Haffner, prof. Wandą Wiłkomirską, prof. Mariną Jaszwili, a także z batutami m.in. maestra Heinza Holligera, Marka Mosia, Christiana Eggena, Jerzego Semkowa. Od 2011 roku najwięcej uczy się od ludzi, z którymi gra i korzysta z tego ile się da. Marzy o domku nad morzem i własnej kawiarni rodem z Narnii, ale zajmie się tym raczej po 50-tce. Walczy twardo o marzenia, ale nie za wszelką cenę. Zaciekle broni tylko swojej rodziny.

Więcej o Alicji i projekcie The Crew znajdziecie tutaj.

Artur Pruzinski