Thrudy – w klimacie Lao Che i Pidżamy Porno

thrudy

Thrudy – perełka z Bełchatowa występująca na polskich scenach już jedenasty rok. W 2013 roku zdobyli nagrodę publiczności na Jarocin Festiwal. Mimo długiego stażu, dopiero od początku 2018 roku możemy chwalić ich premierowy krążek „Nieoczekiwane wzloty – inscenizowane upadki”. Z tej okazji zespół udzielił mi wywiadu.

Artur Pruziński: Przeczytałem gdzieś w sieci, że muzyka Thrudy ma charakter… pozornie rozrywkowy. Osobiście umiejscowiłbym ją gdzieś między Lao Che, a Pidżamą Porno…

Thrudy: Bardzo dobre miejsce w przedziale. Dla nas to tzw. Business Class. Nie boimy się porównań, a porównania do wyżej wymienionych zespołów uświadamiają nam, iż idziemy dobrą drogą. Albo pędzimy odpowiednimi torami, trzymając się kolejowych porównań.

Artur Pruziński: Gracie razem już ponad 10 lat, ale dopiero kilka miesięcy temu miał miejsce wasz debiut fonograficzny, płyta „Nieoczekiwane wzloty, inscenizowane upadki”. Dlaczego tak późno?

Thrudy: Najłatwiej byłoby powiedzieć, że dopiero teraz jesteśmy na to gotowi. To nie jest do końca prawda. Jak wielu trzydziestolatków przytłoczyło nas życie w kredycie i inne historie. Finanse, to jednak spory problem przy spełnianiu marzeń. Udało się i już nie ma co dochodzić czy późno, czy za późno. Pięknie, że już jest z nami, to nasze muzyczne dziecko.

Artur Pruziński: Album zawiera 14 numerów. Czy są to utwory skomponowane na przestrzeni wspomnianych 10 lat, czy też w miarę rozwoju zespołu stare piosenki poszły w odstawkę?

Thrudy: Bardzo lubimy nasze numery. Te sprzed miesiąca, najświeższe i te sprzed dziesięciu lat. Oczywiście nasze starsze utwory ewoluowały jak cały nasz zespół, ale nadal je lubimy, gramy i część z nich znalazła się na płycie. Na debiutanckim albumie „Nieoczekiwane wzloty – inscenizowane upadki” znalazły się utwory z różnego okresu działalności, dlatego płyta jest tak różnorodna stylistycznie, może zaskoczyć słuchacza i zmieniać jego nastrój, co jest naszym zdaniem jej dużym atutem.

 

 

Artur Pruziński: Kto powinien sięgnąć po płytę, kto się może nią zachwycić? Jaki „gatunek” słuchacza, Kowalskiego?

Thrudy: Na pewno każdy kto lubi być zaskakiwany i jest otwarty na różne gatunki muzyki . Nie chcielibyśmy stawiać granic, czy szufladkować nas i naszych słuchaczy. Zdajemy sobie też sprawę, że nawet gdyby posłuchał nas każdy, to wróci i pozostanie tylko część. Tak byłoby najpiękniej.

Artur Pruziński: Możecie się pochwalić już paroma osiągnięciami (poza wydaniem płyty). Z czego jesteście najbardziej dumni, póki co?

Thrudy: Nagroda publiczności na Jarocin festiwal 2013. Fantastyczne przeżycie w miejscu gdzie każdy z tzw. klimatu chciałby i powinien być. Dzięki tej wygranej nabraliśmy pewności siebie, zrobił się delikatny szum, a przede wszystkim rok później graliśmy na wielkiej scenie tego legendarnego festiwalu.

Teraz po kilku miesiącach od śmierci Yacha Paszkiewicza, wielkim sukcesem jest teledysk do „Ziemia planeta brudzi’, który został nagrany pod przewodnictwem mistrza polskiego teledysku.

Było sporo przeglądów. Mniejszych, większych. Każdy miał wielki wpływ na nas. Wygrane przez głosy jurorów i autorytetów to bardzo miła sprawa, niemniej najbardziej cieszą nagrody publiczności ,jak na wspomnianym Jarocinie, czy Rock May Festiwal oraz Rock The Cty.

Artur Pruziński: Jak klarują się dalsze losy i cele zespołu? Wiem, że szukaliście wydawcy, ale debiut finalnie jest sygnowany jako wydany własnym sumptem.

Thrudy: Robimy swoje. Spotykamy się, gramy, tworzymy, lubimy się coraz bardziej. Mamy w sobie wiele pokory i nie zatruwamy się rozmyślaniami dlaczego brak czołowego wydawcy, dlaczego nie zagrało tak jak byśmy marzyli. Marzymy dalej. Gramy dalej. I działamy. Być może czasem chaotycznie, nieidealnie, być może bijemy czasem głową w mur, ale tacy właśnie jesteśmy. Czasem piękni chłopcy grający brzydką muzykę, a czasem wkurzeni kolesie w płynącej balladzie.

Artur Pruziński: Dzięki!

Artur Pruzinski