Velveteve czyli Prince w spódnicy

Velveteve

Prosto z Gliwic, tuż przed występem na żywo w telewizji, przybyła do nas z wizytą Velveteve, wokalistka, kompozytorka, multiinstrumentalistka, jednym słowem Prince w spódnicy… a właściwie to w zielonym szlafroku, o czym później! Miesiąc temu premierę miał jej krążek „Music from the B-side”. Warto po niego sięgnąć, warto przeczytać zapis rozmowy z artystką!

Artur Pruziński: Czujesz się dumną Gliwiczanką? Wiesz, Piast Gliwice…

Velveteve: Oczywiście! Klub został mistrzem Polski – po 30 latach mistrzostwo wraca na Śląsk. Będąc tutaj w Warszawie mam taką myśl, że widziałam już różne miasta, ale to dla Gliwic bije mocniej moje serce. To miasto ma pewien klimat – ludzie są bardzo pracowici i prostolinijni. Gliwice to miasto inteligencji i wielu nowych inwestycji. Tak w lokalnej gazecie ktoś kiedyś napisał i ja się z tym zgadzam.

Artur Pruziński: A to jest Górny Śląsk historycznie z zaboru austriackiego, czy tak jak Sosnowiec – z zaboru rosyjskiego?

Velveteve: Nie, nie. Po tej “dobrej” stronie, austriackiej (śmiech) 😊

Artur Pruziński: Przejdźmy do twojej płyty – „Music from the B-side”. Płyta jest stricte autorska, skomponowana i nagrana przez ciebie, ale grywasz również z zespołem na żywo. Dlaczego obrałaś taki model pracy?

Velveteve: Dlatego że ten album jest podróżą w czasie. Z niezwykle zakompleksionej, 21 kilo grubszej blondyny z długimi włosami, Zosi Samosi, perfekcjonistki przeszłam długą drugą do tu i teraz. Wcześniej chciałam odpowiadać za wszystko sama. Dopiero jakiś czas temu zrozumiałam, że chcę robić muzykę, tworzyć coś z innymi ludźmi, bo dopiero wtedy robi się pięknie, jest bardziej pełne. Gram teraz na żywo z chłopakami z zespołu, choć występuję również solo piano.

Artur Pruziński: Słychać w twoim głosie naturalność. Śpiewanie mam wrażenie, że przychodzi ci niezwykle gładko. Wiem, że studiowałaś wokalistykę. Czy zatem ta „naturalność” jest wyuczona, czy też to jednak kwestia talentu?

Velveteve: Chyba z obu stron. Trochę talentu, dużo nauki. Moja przygoda z muzyką rozpoczęła się w wieku czterech lat. Zobaczyłam w telewizji znaną skrzypaczkę Vanessę Mae. Zapragnęłam grać muzykę. W efekcie dostałam jakiś czas później pierwszą gitarę, na której jednak nie za bardzo potrafiłam grać. Potem „zamówiłam” sobie klawisze u rodziców. Grałam na nich dużo ze słuchu. Przez wiele lat moja edukacja muzyczna wyglądała w ten sposób, że sama się wszystkiego uczyłam. Potem poszłam do szkoły muzycznej na wokal klasyczny, operowy, a następnie na studia na wokalistykę jazzową. W tych szkołach mnie jednak nie nauczono dobrze śpiewać, to nie było jeszcze to, czego chciałam.

Artur Pruziński: Nie?

Velveteve: Nie 😊 Rozwinęłam się bardzo dzięki szkole muzycznej i studiom, jeśli chodzi o teorię, historię, rytm, harmonię i te wszystkie fantastyczne elementy związane z muzyką. Natomiast technikę wokalną opanowałam dopiero wtedy, gdy we własnym zakresie zaczęłam uczęszczać na warsztaty, szkolenia. Byłam członkiem Stowarzyszenia Wokalistów MIX. Współorganizowałam konferencję naukową na temat głosu. Tam zrozumiałam, że śpiew to forma sportu i trzeba mieć po prostu dobrze wytrenowane mięśnie.

Artur Pruziński: Czyli każdy się może nauczyć śpiewać?

Velveteve: Każdy, ale nie każdy będzie robił to dobrze. Do tego trzeba jeszcze mieć to coś w serduszku plus coś do przekazania, emocje. Nawet jeśli posiadasz super technikę, ale jesteś „drewniany”, to raczej nic z tego nie wyjdzie.

Poczytaj więcej o wokalistyce, o tym czy każdy może śpiewać >>

Artur Pruziński: Jak tworzyłaś muzykę do „Music from the B-side”? Zaczynałaś od tekstu, melodii… a może od sampli?

Velveteve: Raczej od strony produkcyjnej. Większość kawałków napisałam w programie typu DAW. Wpadałam na dany pomysł, na tzw. loopa (pętlę), który później aranżowałam w piosenkę. Potem dopisywałam tekst. Czyli początek w muzyce.

Artur Pruziński: I potem dobór brzmień, miks, master – też wszystko sama ogarnęłaś?

Velveteve: Tak. Chociaż nie do końca, bo część pracy oddałam innym osobom. Np. w „Show me your love” miks nie jest mojego autorstwa, odpowiedzialny za to był Piotr Figiel, podobnie w dwóch, czy trzech innych utworach z płyty. Większość zrobiłam zatem sama, a tam gdzie czułam, że coś mi nie leży, to prosiłam o wsparcie innych osób.

Artur Pruziński: Powiem ci, że mi mimo wszystko najbardziej podoba mi się nagranie z knajpy z zespołem na żywo…

Velveteve: W zielonym pokoju? To w moim mieszkaniu! Tam, gdzie jestem w szlafroku?

Artur Pruziński: Tak!

Artur Pruziński: Dlatego tak ten zespół mi chodzi po głowie. Chciałbym, żebyś więcej grała z muzykami 😊

Velveteve: Ja też bardzo bym chciała!  Powiedz to moim chłopakom z zespołu (śmiech). Uwielbiam z nimi grać – oni są wielkimi indywidualistami, każdy z innej parafii. Przez to mamy dość unikatowy sound, dosyć eklektyczny, a nawet enigmatyczny czasami.

Artur Pruziński: Wracając do płyty, gdybyś miała wybrać dwa, maksymalnie trzy numery, takie które poszłyby do radia jako single, wybór padłby na…?

Velveteve: „Bez ciebie”, „Oblivion” oraz „Show me your love”.

Artur Pruziński: Nie zastanawiałaś się zbyt długo… czyli reszta płyty do kosza 😊

Velveteve: Haha, wybór prosty, bo nie są to za bardzo radiowe numery. Np. „Afrodyta” ma sześć minut, czternaście sekund i opowiada o chronicznym bólu głowy. Nie dość, że długa piosenka, to i mało popularny temat. Jednakże takie piosenki też są potrzebne moim zdaniem…

Artur Pruziński: Widziałem bodaj w informacji prasowej, że to jest muzyka lat dziewięćdziesiątych. Dlaczego?

Velveteve: Wtedy się urodziłam. Czuję nostalgię związaną z dzieciństwem i „Music from the B-side” wywołuje we mnie dziecięce skojarzenia. Poza tym premiera albumu miała miejsce na dzień dziecka! W książeczce do płyty znajdują się zdjęcia z tych lat, zdjęcia ze mną. Także chodzi chyba bardziej o nostalgię do lat 90’ niż o sam aspekt muzyczny.

Artur Pruziński: Powiedz na sam koniec, co dalej – druga płyta z zespołem?

Velveteve: Druga płyta właściwie już powstaje. Zapraszam do niej gości, z którymi chciałabym coś ciekawego zrobić. Na pewno będzie na niej więcej grania, więcej muzyki.

Artur Pruziński: Powodzenia zatem! Dzięki za wywiad.

Artur Pruzinski