Michał Szczerbiec i The Last Scavenger

Michał Szczerbiec na balkonie Ciekawie o Kulturze

Michał Szczerbiec powraca z trzecią płytą „The Last Scavenger”. Jest spokojnie, melancholijnie, ale i mniej bluesowo niż na poprzednich albumach. Ten zdolny muzyk i aktor zawitał do domowej redakcji Ciekawie o Kulturze. Michał ma duszę artysty i eksponuje ją w sposób naturalny, bez blichtru. Jest przy tym nieziemsko zdolny. Serdecznie polecam lekturę wywiadu i sięgnięcie po jego twórczość.

Artur Pruziński: Gratuluję trzeciej płyty Michał, to tak na wstępie!

Michał Szczerbiec: Dziękuję!

Artur Pruziński: Czy w kontekście dwóch poprzednich płyt nie idziesz trochę pod prąd z trzecim albumem?

Michał Szczerbiec: Myślę, że nawet z dwoma poprzednimi szedłem pod prąd, więc tendencja się raczej nie zmieniła, a wręcz przeciwnie. Prąd jest chyba silniejszy. Pod górkę mam nie tylko ja, ale i muzycy, z którymi współpracuję.

Artur Pruziński: Płyta jest inna od poprzednich pozycji. Mi się kojarzy z serią „Panflute”, ze stylistyką do posłuchania sobie na kanapie.

Michał Szczerbiec: Bardzo dobrze ci się kojarzy. Naszym targetem nie były dyskoteki. Na początku całość miała być zagrana tylko na gitarze akustycznej, solo. W czasie pierwszych podejść do nagrania stwierdziłem, że czegoś brakuje. Czułem, że melodia powinna być lepiej wyeksponowana. Zapytałem Arka Osenkowskiego, czy nie chciałby czegoś dograć. Zgodził się i zaczęliśmy współpracować nad kawałkami. Idąc dalej, w czasie produkcji utworów okazało się, że brakuje dołu, niskich częstotliwości. Zaprosiliśmy Wojtka Madajskiego do projektu. Z Wojtkiem już wcześniej grywałem, ma bardzo otwartą głowę. Również się zgodził i dorzucił parę ciekawych pomysłów do całości. Finalnie płyta powstała w trio.

Artur Pruziński: A propos dołu, którego brakowało… Sami robiliście miksy utworów i master albumu?

Michał Szczerbiec: Tak jak przy poprzednich dwóch albumach, wszystko robię sam. Czuję, że mam nad tym pełną kontrolę, jest tak jak chcę i dokładnie jestem w stanie odzwierciedlić to, co mam w głowie. Ktoś inny mógłby tego do końca nie zrozumieć.

Artur Pruziński: A nie korci cię, żeby więcej śpiewać? Brakuje mi trochę twojego wokalu na „Last Scavenger”. Masz specyficzny głos, naturalny, niewymuszony, z nietypową składnią. Słychać, że trochę się go chyba wstydzisz, moim zdaniem niepotrzebnie.

Michał Szczerbiec: Może następna płyta będzie bardziej wokalna. Nigdy nie czułem się wokalistą, to raczej pewna forma wyrazu tego, co piszę. Nie napinam się natomiast kompletnie, aby perfekcyjnie śpiewać. Jestem bardziej gitarzystą.

Artur Pruziński: Wiem, i to słychać, ale potraktuj to jako komplement. Słychać, że twój wokal jest unikalny, ma swoją barwę i dostojność.

Michał Szczerbiec:  Dzięki. Nigdy nie używałem auto tune i nie ściemniałem, żeby mój głos zabrzmiał perfekcyjnie. Podchodzę do tego jak do melorecytacji. Wychowałem się na  Marku Knopflerze i Bobie Dylanie. Natomiast jedna z piosenek na nowej płycie – „Wodospady”, z wokalem właśnie, zwiastuje album, gdzie takiej melorecytacji będzie więcej. Wodospady powstały pięć lat temu i mam w zanadrzu materiał na całą płytę w takim stylu. 

Artur Pruziński: Pochodzisz z muzycznej rodziny. Kim byli twój tata i dziadek?

Michał Szczerbiec: Dziadek dużo muzykował. Tata natomiast zaszczepił muzykę we mnie i w moim bracie. W naszym domu zawsze były instrumenty. Tata grał na pianinie, basie, gitarze.

Artur Pruziński: Trochę taki Prince.

Michał Szczerbiec: Trochę tak. Mało tego nigdy nie wymuszał na mnie muzykowania. Nie namawiał. To po prostu jest w genach. Zawsze czułem, że chcę ćwiczyć, sprawia mi to przyjemność.

Artur Pruziński: To skoro jesteśmy przy muzykach, z kim chciałbyś zagrać na jednej scenie?

Michał Szczerbiec: Jest jeden gatunek muzyczny, który po prostu kocham. To jazz. Słucham namiętnie Milesa Davisa czy Johna Coltrane’a. Ale jest to bardzo trudny gatunek, nie rozgryzłem go z perspektywy muzyka. Może za trzydzieści lat. Więc jeśli chodzi o granie na scenie, to byliby to raczej artyści nie jazzowi. Wśród polskich muzyków, chciałbym zagrać z Jankiem Borysewiczem z Lady Pank, z Grzegorzem Skawińskim z Kombi, Markiem Raduli z Budki Suflera – moja wielka inspiracja z czasów liceum oraz Markiem Napiórkowskim

Artur Pruziński: Czyli jednak jazz skoro Marek? Ale to za trzydzieści lat, nie wiem czy on dożyje.

Michał Szczerbiec: No tak, ha ha.

Artur Pruziński: Czyli mamy samych gitarzystów. A jeśli w grę wchodziłby wirtuoz innego instrumentu?

Michał Szczerbiec: Ciekaw jestem, jakby to było zagrać własny kawałek z Leszkiem Możdżerem. W jaką stronę by to poszło, co by z tym zrobił. Na pewno słyszałby o wiele więcej. Dla mnie Leszek to człowiek nie z tej ziemi, jeśli chodzi o muzykę. Słyszy rzeczy, których normalny człowiek raczej nie słyszy.

Artur Pruziński: Taką też ma opinię. A co byś robił w życiu, gdybyś nie komponował, nie grał oraz nie występował jako aktor?

Michał Szczerbiec: Podejrzewam, że wróciłbym do wyuczonego zawodu. Skończyłem studia na wydziale fizjoterapii i przez kilka lat byłem fizjoterapeutą. Gdyby nie wołanie muzyczno-aktorskie, które usłyszałem, pewnie zostałbym przy zawodzie.

Artur Pruziński: To tak na koniec powiedz proszę, czy płyta „The Last Scavenger” będzie do nabycia jako album fizyczny?

Michał Szczerbiec: Zdecydowanie. Planujemy wytłoczenie płyty jak tylko sytuacja w kraju się ustabilizuje.

Artur Pruziński: Gdzie będzie można nabyć?

Michał Szczerbiec: Na pewno przez moją stronę internetową, niemniej płyta ukaże się też w sklepach internetowych oraz będzie dostępna po koncertach.

Artur Pruziński:  Bardzo ci dziękuję za rozmowę, trzymaj się!  

Artur Pruzinski