Patrycja Kosiarkiewicz powraca

Patrycja Kosiarkiewicz
zdjęcie: @maciasumaka

Pamiętacie takie utwory „Jak ja wierzę”  czy „Radosny” z końcówki lat 90-tych? Jeśli tytuły niewiele wam mówią, wrzućcie je w YouTube, a na pewno szybko stwierdzicie „no przecież!” i zanucicie je razem z autorką. Patrycja Kosiarkiewicz – piosenkarka i autorka tekstów, mająca na koncie współpracę z wieloma artystami, powraca po kilku latach solowej nieobecności z płytą „Ogólnie chodzi o to”. Bardzo się cieszę, że mieliśmy okazję porozmawiać, z uwagi na #covid tylko korespondencyjnie, ale to i tak była czysta przyjemność. Polecam serdecznie – przeczytajcie i sprawdźcie w internecie najnowszy album artystki. 

Artur Pruziński: Miło Cię słyszeć po kilku latach. Ostatnimi czasy tworzyłaś bardziej z drugiego planu. Wracasz z albumem, na którym istotną rolę odgrywają teksty i syntezatory. To pierwsze to twój znak rozpoznawczy, a drugie?

Patrycja Kosiarkiewicz: Drugie to znak rozpoznawczy producenta albumu Maciasa X, który kocha analogowe zabawki, beat maszyny i elektronikę. To ciekawe, bo przez lata był basistą w zespołach rockowych. Przyznaję, że to nowe dla mnie środowisko, jednak oswojone i doskonale równoważące moją naturalną ekspresję. Elektronika kojarzy mi się z czymś chłodnym, a ja mam żywiołowy temperament muzyczny. Ci, którzy śledzili moją muzyczną drogę, wiedzą, że zawsze śpiewałam z towarzyszeniem gitar, czasami nawet przesterowanych. Jednak czujemy, że miks mojego głosu i syntezatorów wyszedł fajnie i zamierzamy iść dalej w tym kierunku.

Artur Pruziński:  Mój ulubiony utwór z płyty „Ogólnie chodzi o to” ma ostatni numer na liście. Dezorientacja. Świadomie ma wyciszać emocje?

Patrycja Kosiarkiewicz: Cóż, ułożenie playlisty to pewna sztuka, można iść za intuicją lub prawidłami. Niektórzy ustawiają piosenki na zasadzie: szybki, wolny, szybki, wolny. Podobnie zresztą dzieje się na koncertach. Chciałam, by ten utwór wieńczył dzieło, bo w jego kodzie pojawia się solo gitarowe Marka Dulewicza, które stanowi piękną puentę albumu.

Artur Pruziński: Pamiętam twoje hity z lat 90-tych, byłem nastolatkiem, nuciłem je w maluchu w trasie na wakacje z rodzicami. Kim była Patrycja wtedy, a kim jest teraz, jak się zmieniłaś?

Patrycja Kosiarkiewicz: Wtedy byłam nieco starsza niż ty. Miałam już dowód osobisty. Uważałam, że jestem dorosła i znam życie. Oczywiście bardzo szybko pokazało mi ono jak bardzo się mylę. Trudno porównywać te dwa stany świadomości. Gdy wyszedł mój pierwszy solowy singiel, byłam po dobrych 7 latach dobijania się do drzwi wytwórni. Czyli to nie była sytuacja, w której z dnia na dzień przychodzi do ciebie sukces i stoisz w tym najpierw zdezorientowany, po czym spektakularnie łapiesz sodówkę i przepieprzasz wszystkie szanse. Ja już wtedy wiedziałam, że to sinusoida i nie ma co się przyzwyczajać do sukcesu. Tym bardziej, że mentalnie mnie on trochę ominął, w tym sensie, że w ogóle go wtedy nie czułam. Oczywiście, że się zmieniłam. Porzuciłam naiwną wiarę w świat i człowieka, ale mimo to pozostałam pogodną osobą. Lubię widzieć szklankę do połowy pełną. Poza tym, teraz gram mniej wakacyjną muzykę.

Artur Pruziński: Planujesz trasę koncertową z nowym materiałem w 2021, o ile znikną covidowe obostrzenia?

Patrycja Kosiarkiewicz: Obecnie to ja planuję zakupy w spożywczym albo pojechanie na paznokcie. Bookowanie tras to dziś coś z gatunku science fiction. Staram się poruszać w tzw. sferze wpływu. Czyli piszę na przykład piosenki na kolejny album, bo nie chcę tak długich przerw między wydawnictwami jak miałam wcześniej. To mogę zaplanować niezależnie od sytuacji epidemicznej. Piszemy, nagrywamy, wysyłamy do miksów, wpuszczamy do sieci. Spójrzmy na to tak: piszemy tak dużo, że jak już sytuacja wróci do normy, będziemy mogli grać tak długie koncerty jak grywa Kult.

Artur Pruziński: Pracowałaś z wieloma artystami z Polski. Z kim było najciekawiej, a z kim pod górkę?

Patrycja Kosiarkiewicz: Oczywiście nie powiem ci z kim było pod górkę, gdyż obowiązuje zasada co się zdarzyło w Vegas, zostaje w Vegas. Z kim było fajnie, ciekawie? Dużo było fajnych chwil. Na przykład z wielką radością robiłam (przez prawie 3 lata) album debiutującej w przyszłym roku konstelacji muzycznej Echo.

Świetnie mi się pisze piosenki na nowy album Kombi. Bardzo sobie chwalę tę współpracę. Jest tu to zaufanie dla sztuki i procesu, które mają już tylko ludzie starej daty. 

Artur Pruziński: Jesteś absolwentką filologii angielskiej i dziennikarstwa. Niewątpliwie masz smykałkę do storytellingu. Na ile studia, teoretycznie niezwiązane z muzyką, ci w tym pomogły?

Patrycja Kosiarkiewicz: Rozumiem, że pytasz o proces twórczy, o warsztat. Nie przeceniałabym moich studiów jako takich. Były to pewne etapy życia. Uczenie się katalizuje rozwój, jednak warsztatowi pomaga przede wszystkim solidny trening. Czyli pisanie, pisanie, pisanie. Im więcej się pisze, tym pisze się lepiej. Rzecz jasna, trochę talentu trzeba mieć. Grafoman, pisząc dużo, nie stanie się automatycznie Mogielnickim czy Osiecką. Wykształcenie może pomóc, w tym sensie, że wiąże się ono z obyciem, czytaniem książek, kontaktem z ludźmi, kulturą, obserwowaniem świata wokół – to zawsze jest inspirujące. Mnie najbardziej pomogło zaopiekowanie się własną duchowością oraz praca ze świadomością, własnymi emocjami,  słowem coś co można zawrzeć w formule rozwoju osobistego.

Artur Pruziński: Dziękuję za rozmowę.

Artur Pruzinski