Landszaft – łódzka nowa fala

Landszaft… nawet nazwa wzbudza zainteresowanie
 
Odkąd Boguś Linda stwierdził, że Łódź to miasto meneli, wyjątkowo często tam bywam – jako muzyk. Przy okazji eksploruję lokalną scenę muzyczną i muszę przyznać, że coś interesującego jest w tym mieście – unosi się nad nim aura artystycznej nonszalancji, niczym nieskrępowanej wyobraźni. Nie zdziwiłem się zatem specjalnie, gdy usłyszałem zespół Landszaft. Nowa fala, robotnicze, zadziorne klimaty – idealnie pasują do miasta Manufaktury. Ale skrzywdziłbym artystów, przyklejając im tak jednoznaczną łatkę. Muzycy stronią od porównań. Jasno komunikują swój styl jako oryginalny, wręcz unikatowy i…mają rację. Nawet nazwa zespołu wzbudza zainteresowanie. Gdy zapytałem wokalistkę i zarazem klawiszowca, gitarzystkę Landszaftu Justynę Mańkę-Sobczyk, czy inspirowali się The Cure – krótko odpowiedziała „My The Cure akurat nie słuchamy”.
 
 
Landszaft – Geneza (skoro używamy już trudnych słów) 
 
Kapela rozpoczęła działalność w 2013 roku, początkowo jako duet wspomnianej już Justyny oraz basisty Łukasza Zaorskiego-Sikory. Skoro jesteśmy przy basiście, to należy wspomnieć, że Łukasz gra niebywale smacznie. Bas wybija się wielokrotnie na pierwszy plan, ale nie imituje na siłę gitary, a gra swoje, bardzo konkretnie i „tłusto”. Polecam nie tylko słuchaczom, ale także basistom wsłuchać się w grę Łukasza i nie chodzi mi o wirtuozerię, ale właśnie o klimat, który w muzyce jest najważniejszy. Justyna to zimny wokal i głowa pełna pomysłów. Teksty pełne metafor i często analogowe, wywołujące ciary klawisze – doprawdy niebywale zdolna kobieta. Można się zakochać już w samym jej talencie.
 
Do duetu wkrótce dołączył perkusista Janusz Szczepakowski, nadając teamowi słuszne tempo, znakomicie skorelowane z gitarą basową. Całość puentując kwartetem uzupełniła wiolonczelistka Sara Rogowska. Ponieważ my w odróżnieniu od Lanszaftu lubimy porównania, to jej obecność i gra w zespole w pewien sposób kojarzą mi się z Krzysztofem „Bananem” Banasikiem, który nadawał bardzo charakterystyczne, oryginalne brzmienie Armii i Kultowi. Grał co prawda na waltorni, ale sposób i forma, którą proponował, miała identyczne implikacje.
 
 
Debiut
 
9 marca ukazała się premierowa EP-KA zespołu „Czekając”. To zarazem tytuł pierwszego utworu na liście złożonej z czterech perełek. Mało? Warto wybrać się na koncerty Landszaft, bo ich repertuar jest znacznie szerszy. Moje ulubione numery to singiel „No nie wiem” oraz wspomniany „Czekając”. Posłuchajcie płyty, a epitet „ulubiony” w kontekście Landszaft może stać się dla Was jednym z osobistych synonimów.
 
Landszaft koncertowo:
Koncert
Foto: Paweł Mańka