YASZCZUK – między Cavem a Cohenem

Pruziński i YASZCZUK

Piotr Jaszczuk, czyli YASZCZUK. Pewnie moglibyście go pomylić na ulicy z Johnnym Deepem. W żyłach Piotra płynie ekwadorsko-polska krew, ale to co go najbardziej wyróżnia to nie tylko słoneczna aparycja, ale przede wszystkim talent do komponowania muzyki i pisania tekstów. Mówią o nim, że to gość, który porusza się gdzieś w przestrzeni między Nickiem Cavem a Leonardem Cohenem. W jego twórczości słychać także inspiracje hip-hopem. Zapraszam do lektury wywiadu.

Artur Pruziński: Na twojej debiutanckiej ep-ce znalazł się m.in. utwór „Pan Y”. Jest to swoista konwersacja z inną artystką, Suzią, która napisała numer „Pani X” i jak rozumiem zainspirowała cię do muzycznego dialogu?

Piotr Jaszczuk: Suzię poznałem na wieczorku artystycznym w 2016 roku, który organizowała nasza wspólna przyjaciółka Olandra. To było przelotne spotkanie. Wiele miesięcy później spotkaliśmy się ponownie na festiwalu nOFFa w Nowym Dworze Mazowieckim. Tam Suzia zagrała piosenkę Pani X. Z muzyką jest tak, że bywa iż jest wirtuozerska, ale pozostaje dla ciebie obojętna w sferze emocji, bywa też tak, że trafia do ciebie, a są też i takie numery, które poruszają cię do głębi. Tak miałem z Panią X. Podszedłem do Suzi zaraz po występie, nie bacząc na to, co sobie pomyśli, że może weźmie mnie za jakiegoś psychofana i powiedziałem, że bardzo mi się podobało i chciałbym napisać, skomponować odpowiedź na jej utwór. Czy może mi nagrać i przesłać jakieś demo. Zadeklarowała, że nie ma sprawy, bo ona jest generalnie bardzo otwarta. Gdy tylko czuje, że może pomóc innym artystom, to można na nią liczyć. I tak wkrótce powstał Pan Y, początkowo nie był niepowiązany z płytą, ale finalnie stał się zalążkiem mojej ep-ki.

Artur Pruziński: To tak zaczepnie spytam, czy będą „Państwo Z”?

Piotr Jaszczuk: No nie wiem. Tak, jak się kończy ta historia, to ciężko powiedzieć. Patrzę na Pana Y jak na piosenkę o granicy między miłością a obsesją. Cienka linia.

Przeczytaj także wywiad z Suzią >>

Artur Pruziński: Mówią, że poruszasz się gdzieś w przestrzeni między Nickiem Cavem a Leonardem Cohenem. Słuchając ep-ki Cohena delikatnie wyczułem, ale osobiście uważam, że zrobiłeś autorski materiał i bardzo mi się on podoba, co się nie często zdarza w odniesieniu do debiutantów. Mam na myśli sytuację, gdy płyta debiutanta ląduje na mojej prywatnej liście odsłuchowej. Atutem YASZCZUKA jest niewątpliwie warstwa tekstowa. Masz chyba talent i zacięcie do pisania…

Piotr Jaszczuk: Dziękuję. Duże słowa. Na pewno uwielbiam teksty w muzyce. Dlatego z przyjemnością słucham Nicka Cave’a czy Leonarda Cohen’a, ale i rapu, artystów jak Sokół czy Eminem.

Artur Pruziński: Zdecydowanie słychać, że czujesz rap.

Piotr Jaszczuk: Tak, teksty zawsze były dla mnie ważne. Kiedyś odbyłem ciekawą rozmowę z koleżanką, która kocha muzykę instrumentalną. Powiedziała mi, że ona, jak chce zagłębić się w fajny tekst, to sięga po książkę. No więc ja sięgam po piosenkę.

Artur Pruziński: Piszesz trochę po polsku, trochę po angielsku. Wiem, że studiowałeś w Londynie. Co dokładnie?

Piotr Jaszczuk: Popular Music na Goldsmiths, czyli muzykę rozrywkową. To była dwuletnia magisterka. Uczyłem się tam m.in. z Olandrą. Te studia pomogły mi rozwinąć mój autorski styl w techniki aranżacyjne, produkcyjne. Ep-kę produkowałem sam i to było możliwe dzięki tej edukacji.

Artur Pruziński: A czy te studia traktujesz jako dodatek, wisienkę na torcie, czy wszedłeś w nie na 100% i wiążesz swoje życie zawodowe z muzyką?

Piotr Jaszczuk: Od dawna chciałem pójść bardzo poważnie w stronę muzyki, natomiast w Polsce studiowałem anglistykę. W pewnym momencie uznałem, że chcę się dokształcić, przeżyć też coś fajnego, wzbogacić się o nowe doświadczenia. Zdecydowałem się na wyjazd do Londynu i studia na wspomnianej już Goldsmiths. To były fantastyczne dwa lata.

Artur Pruziński: Mieszkałeś na squatcie?

Piotr Jaszczuk: Nie. Wynajmowaliśmy domek ze znajomymi.

Artur Pruziński: Ep-ka stanowi chyba takie zwieńczenie twojego pobytu w Anglii?

Piotr Jaszczuk: Tak. Tam nagrywałem, produkowałem płytę. Dużą część postprodukcji zdążyłem tam zrobić przed powrotem do Warszawy. To bardzo twórcza pamiątka po pobycie za granicą, ukoronowanie pewnego okresu w moim życiu.

Artur Pruziński: Masz w sobie domieszkę krwi ekwadorskiej. Zakładam, że po hiszpańsku też zatem mówisz. Czy napiszesz coś w tym języku?

Piotr Jaszczuk: Mówię. Nie jestem co prawda dwujęzyczny, ale potrafię pisać i dogadywać się po hiszpańsku. Pewnie byłbym w stanie też napisać tekst do piosenki, ale byłby raczej prosty. Nie byłaby to wciągająca, głęboka historia z metaforami.

Artur Pruziński: Czyli coś w rodzaju „bailando” czy „te quiero”…

Piotr Jaszczuk: Tak, zdecydowanie w takim stylu.

Artur Pruziński: Ostatnio na facebooku modne są różne są „challendże”, m.in. 10 płyt, które ukształtowały twój gust muzyczny. Masz teraz okazję, aby wskazać, może nie 10, ale np. 3 istotne dla ciebie albumy.

Piotr Jaszczuk: Na pewno Red Hot Chili Peppers i „Stadium Arcadium”. Zasłuchiwałem się tą płytą w gimnazjum, a potem w liceum. Myślę, że Nick Cave i album „Push the sky away”. Kapitalna płyta, dzięki której zrozumiałem, jak można myśleć o pisaniu mrocznych tekstów w sposób lekki. I na pewno coś z hip-hopu, myślę że Sokół. Zrobił na mnie ogromne wrażenie w 2013 roku płytą „Czarna biała magia”. Podziwiam tego rapera. Zawsze ma nowe, świeże pomysły.

Artur Pruziński: Powiedz proszę na sam koniec, czy zobaczymy cię w tym roku na scenie?

Piotr Jaszczuk: Bardzo bym chciał. Zagrałem w trakcie pandemii 2 koncerty online, wyszły bardzo fajnie, ale to jednak nie to samo, co kontakt z publiką na żywo. Brakuje mi energii ludzi w trakcie występów. Wierzę, że na jesieni uda się zagrać, może nawet kilka koncertów. Gram z akustykiem, looperem i moją przyjaciółką, skrzypaczką Natalią Żebrowską. Już teraz zapraszamy na występy.

Artur Pruziński: Dziękuję za wywiad. Powodzenia!

Artur Pruzinski